poniedziałek, 18 września 2017

Rozdział X - Uczucia

Zarośla, w których się znajdował, strasznie go swędziały. Obiecał sobie, że to ostatni raz, gdy robi coś dla Niego. Czemu w ogóle był taki głupi, żeby znów się zgadzać? Mógłby teraz leżeć w swojej komnacie i wypoczywać. Ale z drugiej strony, chciał wiedzieć, dlaczego On tak się nimi interesuje. Chociaż w sumie, ten leżący blondyn byłby całkiem niezłą nagrodą za ten cały trud... Jak wróci, to poprosi Go o to. Z tymi myślami opuścił swój posterunek i ruszył w drogę powrotną...

***
- Kiedy będziemy na miejscu? - słysząc to już dziesiąty raz w ciągu ostatniej godziny, Halvir odwrócił się, starając przybrać na twarz swój najgroźniejszy wyraz. 
 Chyba udało mu się odnieść skutek, ponieważ Val, spojrzawszy na niego, szybko spuścił głowę Sylweriusz przewracał tylko oczami nad ich dziecinnym zachowaniem.

- Ty chociaż siedzisz na koniu - upomniał Vala. - Ja używam nóg. Ciesz się, że jestem taki wspaniałomyślny i ci go udostępniłem.

Książę spojrzał na niego i coś na kształt wyzwania pojawiło się w jego oczach.

- Nikt nie zabronił ci jechać ze mną. Leto nas udźwignie i dojedziemy dużo wcześniej.

- Dobrze - odparł z przekąsem. - Przesuń się - rozkazał i podszedł do konia, i Valdrigue, który wyciągał w jego stronę pomocną dłoń.

Jednym płynnym ruchem wskoczył na konia, który zarżał głośno na znak protestu. Objął Vala w pasie i przycisnął się bliżej, by mogli zmieścić się w siodle. Chuchnął ciepłym powietrzem obok ucha księcia, wprost na jego szyję, na co młodszego przeszedł dreszcz, bynajmniej nie zimna.

Val nie mógł w żaden sposób wytłumaczyć reakcji swego ciała. Przez ostatnie tygodnie, za każdym razem, gdy dotykali się przypadkiem, przypadkowo, jego ciało reagowało na spotkanie tego należącego do Czarownika. Czasem patrzył na niego o wiele dłużej niż powinien i, gdy przyłapywał się na tym było mu wstyd za swe zachowanie. Na zamku nie zdarzało mu się takie zachowanie. Otoczony był pięknymi damami dworu i przystojnymi, umięśnionymi  rycerzami, ale ani na jednych, ani na drugich nie reagował w ten sposób.
Za to przy Havim potrafił dostrzec mięśnie, poruszające się pod szatą, lśniące długie włosy, które okalały przystojną twarz. Osobowość maga też idealnie pasowała do jego własnej. Miał wrażenie, że mogliby się kłócić w przyjacielski sposób godzinami. Nie wiedział tylko, jak nazwać uczucie targające nim w środku za każdym razem, gdy Havi uśmiechał się do niego. Nie znał się na uczuciach, nigdy tego nie przechodził z nikim.

Havi spojrzał na księcia, którego trzymał w ramionach. Bał się, że przypomni sobie noc, w której się zmienił. Wmawiał sobie, że robi dobrze, że rozładowuje moc bestii, ale w głębi duszy trawiło go sumienie. 

Nie uszły jego uwadze spojrzenia, którymi go obdarzał książę. Podobały mu się i nie miał nic przeciwko, schlebiały mu. Nie potrafił przejść obojętnie obok Valdrigue i nie zauważyć jego walorów, umięśnionego ciała, płaskiego brzucha, gładkiej skóry. Poczeka i zobaczy, jak rozwinie się ta sytuacja...

- Zróbmy tu postój - zadecydował Sylweriusz, gdy zauważył, że powoli zaczyna się ściemniać, obaj zgodzili się i zsiedli z koni...

***
Zapuściłam tego bloga. Mam nadzieję to naprawić, a to, że spięłam dupę to zasługa komentarza @Osaki Nana. Ujmę to tak: jeżeli wiem, że mam dla kogo pisać, piszę chętniej. 
Merthura udostępniam, ponieważ znalazłam duży odzew na wattpadzie.

wtorek, 27 czerwca 2017

Merthur cz. 2

Arthur podczas któregoś treningu musiał uderzyć się w głowę. Zdecydowanie. Od trzech dni gonił tylko z książkami w tę i we w tę. Przez wszystkie te lata, gdy mu służył, nie widział go z taką ich ilością. Na początku miał go za królewskiego dupka, który nie potrafi czytać. A te kilka dni ( i cała reszta, gdy widział go pochylonego nad dokumentami) przeczyły jego teorii. I to go po części irytowało. Reszta to to, że nie wiedział, co jego małżonek knuje. Zastanawiał się nawet nad tym, czy nie byłoby dobre zaprowadzić go do Gaiusa.

Jedyne, co udało mu się ujrzeć to okładka, która i tak nie powiedziała mu zbyt wiele. Jedyne, co zobaczył to kwiaty. Jego obrączka miała również zdobienia układające się w motyw kwiatu, ale nie znał się na nich, aż tak dobrze mimo zbierania ziół dla Gaiusa.

- Dokąd idziesz? - zapytał w końcu Merlin.

 Arthur obejrzał się na niego w drzwiach i jego wzrok spoczął na zakrytym przez fałdy szat, brzuchu. Nie było jeszcze nic widać.

- Muszę coś załatwić. Nie czekaj na mnie.

Gdyby Merlin miał wazon pod ręką, pewnie już wylądowałby na ścianie. Lub drzwiach. Lub innych płaskich przestrzeniach w komnacie. Ale Merlin był cierpliwy i nie rzucał, czym popadnie. Wcale mie dlatego, że nic nie miał pod ręką, totalnie nie.

***

Następnego dnia, gdy się obudził, sam, bo Arthur nie wrócił na noc, zobaczył na poduszce obok frezję. Pamiętał go, bo Gaius jej często używał. Na stole znajdował się irys. Szybko ubrał pierwszą, lepszą szatę i wyszedł z komnat. Było dosyć wcześnie, więc nie spotkał nikogo na korytarzu, na którym znalazł białego hiacynta, a kilka metrów dalej niebieskiego. Z kwiatów zrobił sie już mały bukiet, ale to nie był koniec. Ekscytacja rozsadzała go od środka, był ciekaw, do czego go ta kwiecista droga go doprowadzi, i kto zrobił mu taką niespodziankę. Chociaż jego lista nie była zbyt długa. W zasadzie była na niej tylko jedna osoba. I to wywoływało uśmiech na jego twarzy, który nie chciał zejść.

Następną rośliną była konwalia. W drzwiach na dwór znalazł czerwonego goździka, a idąc przez dziedziniec do nieużywanej części ogrodu, różowego. Doszedł do wielkiego, zrobionego z bluszczu i innych pnących się roślin, mur.

Niby jak miał wejść do środka. Nic dziwnego, że wymyślił go Arthur. Zawsze pozostanie bezmyślnym, aroganckim dupkiem. Bezmyślnym aroganckim dupkiem ze świetnym tyłkiem... Stop! Wejście do ogrodu było ważniejsze. Teraz. Potem ma zamiar myśleć o wszystkich częściach ciała jego małżonka. Przeszedł wzdłuż muru, aż natchnął się na zagłębienie. Trudno dostępne, ale jednak wgłębienie, do którego moment później wszedł, z wściekłością marszcząc nos przez kłujące gałązki.

Odetchnął z ulgą, gdy wyszedł z przejścia. Rozejrzał się dookoła i dosłownie szczęka mu opadła. W ogrodzie znalazł wszystkie te kwiaty, które go tu doprowadziły. Najpierw goździki, potem irysy, hiacynty, frezje i inne. W kącie pięły się drzewa, a pod nimi stała długa, rzeźbiona z drzewa ławka.

- Uważaj, bo ci mucha wleci - usłyszał i podskoczył zaskoczony. Spojrzał za siebie i zobaczył uśmiechającego się Arthura, który moment później podszedł do niego i objął go w pasie. - Podoba się?

- Bardzo - przyznał. - Ale z jakiej to okazji?

- Mój prezent ślubny dla ciebie - wsadził nos we włosy Merlina i zaciągnął się ich zapachem. - O tym miejscu wiemy tylko my dwaj. I Gaius - zamyślił się -  I Gwen. Ale to dlatego, że mi pomagali.

- Sadziłeś to wszystko? - zdziwił się Merlin. - Przecież jesteś leniem - Ręce na jego biodrach zacieśniły swój uchwyt, ale nie na tyle mocno, by zrobić siniaki.

- Aleś ty zabawny, Merlinie. Ciesz się, że jestem w nastroju - prychnął.

- To co? Teraz ja ci się mam odpłacić? - otarł się o Arthura sugestywnie i spojrzał na niego niewinnie.

- Nie.

- Ależ... Zaraz. Jakie nie?

- Nie spałem całą noc, przygotowując ten ogród. I drogę do niego. Wiesz, ile trwało znalezienie znaczeń kwiatów i sprowadzenie ich do Camelotu? Idę spać - odpowiedział mu, odwrócił się na pięcie i odszedł, ziewając głośno.

- Arthurze!


***
No wiem. Jestem okropna, a tłumaczenie się nic nie da. ALE postaram się poprawić.

niedziela, 29 stycznia 2017

Newsletter

Więc tak: rozdział próbuję pisać,  ale słabo mi idzie.
Jak sama nazwa wskazuje, pracuję nad newsletterem, ale słabo mi idzie.
Jeśli ktos już chce być powiadamiany o nowych rozdziałach to może zostawić swój e-mail w konentarzu lub wysłać pod ten numer gg: 61673508

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Malasadas

Pairing McDanno z Hawaii Five-oh. 

Steve patrzył jak kolejny malasadas został zjedzony przez Danny`ego i coś go skręciło w żołądku. Starał się nie patrzeć na ilość, jaką jadł Williams, ale kiepsko mu to wychodziło.

- Może byś ograniczył cukier? - zapytał, gdy wysiedli z auta i skierowali się do siedziby Five Oh. Danny spojrzał na niego przelotnie.

- Niby czemu? - zapytał, a jego alfa miała na końcu języka ,,bo jesteś coraz grubszy", ale wiedział, że Danny obraziłby się.

A w jego przypadku, obrażanie trwało przynajmniej tydzień, nawet jeśli się go przeprosiło.

- To niezdrowe. W dodatku nie mam zamiaru odwiedzać cię w szpitalu z innego powodu, niż postrzał lub cokolwiek innego, spowodowanego przez którąś z akcji.

- Och, oczywiście - prychnął. - W końcu jako mój partner, nie tylko w pracy, gówno cię obchodzi, co się ze mną dzieje - zaczął gestykulować, gdy dotarli do drzwi gabinetu blondyna.

- Nie, właśnie o to chodzi, że martwię się o ciebie i staram się zapobiegać wypadkom - wyjaśnił spokojnie. Kono patrzyła na niego wilkiem, jakby wiedziała, że już coś spieprzył.

- Pamiętaj, że nadal nie darowałem ci tego, jak mnie zignorowałeś, gdy zaatakował nas rekin, a potem ty wolałeś się przytulać z Cath - Steve zauważył, jak ramiona Danny`ego się spięły. Teraz był pewny, że coś spieprzył.

- Dobra, nieważne, zostawmy ten temat.

- Trochę za późno - powiedziała jego omega i zamknęła mu drzwi przed nosem. Gdy doszedł do swojego biurka i się odwrócił, wiedział, że ma totalnie przerąbane, bo rolety w biurze Danny`ego były zasłonięte.

Niby nic nowego, ale to był znak i Kono patrzyła na niego groźnie. A jako że również była omegą, to wyczuwała humory Williamsa. Kochał jego charakter, jak i jego samego. Rzadko mówili sobie te dwa słowa, głównie po tych najbardziej niebezpiecznych akcjach, gdzie któryś z nich naprawdę mógł umrzeć, ale obaj wiedzieli, że to czują i to im wystarczało. Według współpracowników, już dawno byli starym małżeństwem, chociaż Steve jeszcze nie miał na tyle odwagi, by poprosić go o rękę. Jego matka czekała na to od dawna. Marry Ann naśmiewała się z niego, że potrafił przeżyć w Kambodży, czy w Korei, ale Danny to dla niego zbyt wiele.

Zgadzał się z nią po części, ale takiej, że wiedział, że coś sknoci. A tego by sobie nie wybaczył. Grace by mu nie wybaczyła, gdyby zranił jej cudownego ojca, a Rachel nadal miała jakiś dziwny rodzaj więzi z Williamsem i też go w pewien sposób chroniła. 

Mimo że był z nim już od roku, to i tak nadal kłócili się i dogryzali sobie jak wtedy, gdy nie byli razem. I to było piękne.

Jego rozmyślania przerwał głośny trzask, a zaraz później podszedł do niego Danny, mówiąc tylko:

- Muszę wyjść, wpisz mi dzień wolny, czy coś - i wyszedł, zostawiając ich zdezorientowanych.

Na początku myślał, że coś stało się Grace, ale o tym, by mu powiedział, w końcu kochał ją tak samo mocno jak Williamsa. Mieszkali razem i Grace wpadała do nich na weekendy, gdy była kolej Danny'ego na spotkania. To Steve zabierał ją popływać, bo jej ojciec nienawidził wody. I coś było cholernie nie tak.



***
Gdy wrócił do domu, Danny siedział na kanapie i z kimś rozmawiał przez telefon, ale gdy go zobaczył, szybko się rozłączył. To powinno zaalarmować jego instynkty. I zaalarmowało, ale nie dał tego po sobie poznać. Według Danny'ego był prymitywem, ale potrafił myśleć.

- Co się stało? Tak nagle wybiegłeś - zagaił i zobaczył spięcie ramion u Williamsa.

- To... nic takiego, kolega prosił o przysługę - powiedział wymijająco.

- Jadłeś już coś? - Danny pokręcił przecząco głową, więc skierował się do kuchni.

Ugotował coś na szybko i zjedli, oglądając jakiś film na laptopie. Gdy kładli się spać, Danny odwrócił się do niego tyłem, czego nigdy wcześniej nie robił, bo mimo iż kłócili się na porządku dziennym, to obaj pragnęli ciepła drugiej osoby. I to Steve'a zabolało.



***
Obudził się i widział, że Danny'ego nie ma obok. Rozejrzał się i ujrzał światło w łazience. Od razu, gdy wszedł, dostrzegł Williamsa klęczącego nad muszlą klozetową. Klęknął obok i pomasował go po plecach. Danny mało kiedy dostawał zatrucia pokarmowego. Może dlatego wczoraj tak wybiegł z bazy.

- W porządku? - zapytał, gdy wydawało mu się, że to koniec. Omega kiwnęła tylko głową i podeszła do umywalki, by przepłukać usta.

- Tak, to nic takiego - powiedział i na tym zakończył się ich dialog.

***

W bazie, Danny natychmiast podszedł do Kono i zamknęli się u siebie w biurze. Potem poszli do China i Steve czuł się doszczętnie zdradzony. Noż... Poszli do bety, a do niego już nie. Nienawidził nie wiedzieć, co się działo w jego zespole. W ogóle nienawidził nie wiedzieć!
Jego omega znowu gdzieś wyszła, nie mówiąc gdzie.


***
Siedział na lanai, gdy Danny wrócił. Skierował się na górę, do sypialni, a Steve patrzył na niego przez chwilę, po czym poszedł popływać. Lepiej mu się wtedy myślało, przeanalizował sobie wszystkie fakty. Omega wychodzi gdzieś, nie wiadomo gdzie, nic mu nie mówi. Kono i Chin wiedzą, ale też mu nic nie mówią. Czyżby go zdradzał? Zaraz odrzucił tę myśl. Może wiele na to wskazywał, ale Danny nie zostawiał nikogo. W jego małżeństwie to Rachel go zostawiła. Steve widział ból w oczach blondyna, gdy musiał rozstawać się z córką.

Nie wiedział, jak długo pływał, ale Danny czekał na niego na tarasie i machał, więc na pewno chwilę.

- Zrobiłem kolację. Chodź - powiedział Danny. Przecież on nie gotował, tylko na specjalne okazje. Miał urodziny, czy jak?

Gdy weszli do kuchni, wszystko było już przygotowane i czekało na nich. Usiedli naprzeciw siebie i nastała niezręczna cisza. Spojrzał na potrawy i zaczął się zastanawiać, co będzie jadła jego omega. Zrobił chilli z wołowiną i ananasem, sałatkę z ogórkiem, batatami i ananasem oraz sok ananasowy. Danny nienawidził ananasów!

- Kto ma to wszystko zjeść? - zapytał. Danny popatrzył na niego zdezorientowany.

- My. Chyba że kogoś zaprosiłeś.

- Ja nikogo, ale... Danny, ty nie lubisz ananasów - powiedział. Ramiona omegi spięły się i Danny spuścił wzrok.

- Danny - zaczął ostrzegawczo - powiedz, co się stało. Proszę - dodał już łagodniej. Miał problemy z ukazywaniem uczuć, ale czasem umiał się postarać. Nie wyszło mu z Cath, ale tego związku nie zamierzał zniszczyć, naprawdę go kochał.
Danny wypuścił powietrze z płuc i spojrzał w jego oczy.

- Jestem w ciąży - powiedział i Steve miał ochotę zemdleć. Ale był SEAL, to nie wchodziło w grę.

- Co? - wydukał i omega patrzyła na niego tak jak kiedyś, z tą irytacją, którą tak kochał.

- Mam ci wyjaśnić, jak to wygląda w teorii? Bo w praktyce chyba jesteś ekspertem - żachnął. Steve cieszyłby się z komplementu, ale nie miał czasu. - Zapłodniłeś mnie i tyle.

Trybiki w mózgu komandora porucznika działały na najwyższych obrotach. Dlatego jak się czasem budził to Danny'ego nie było, albo to ostatnie zachowanie w siedzibie, nagłe wyjście i telefon...

- Jak wtedy wziąłeś wolne to... - zaczął.

- Byłem u lekarza, który potwierdził moje domysły. Ten telefon również był do niego - wyjaśnił.

Steve wstał i okrążył stół, prawie się przy tym wywalając. Zamknął ukochanego w uścisku i nie zamierzał go puścić.

- Cieszę się. I to bardzo -wyszeptał mu do ucha i Danny się uśmiechnął.

- Spróbowałbyś się nie cieszyć - zagroził.

- Więc... przez ciążę zacząłeś lubić ananasa? - spytał żartobliwie. Mina Danny'ego jednak go nie rozbawiła.

- Owszem - wyjęczał - i to jest straszne. Jak to coś może być dobre? No ja się pytam? Nasze dziecko nie mogło zechcieć, nie wiem, chociażby sushi? Albo iść w moje korzenie i lasagne, albo spaghetti? Niee, geny McGarettów są za silne - wyjęczał cierpiętniczo, a Steve zaczął się opętańczo śmiać.

- Jeszcze jedno - zaczął Danny po kolacji, gdy już leżeli w łóżku - jeszcze raz nazwiesz mnie grubym... to nawet ambulans ci nie pomoże - przestrzegł go lojalnie.

***
Taka mała niespodzianka.

piątek, 13 stycznia 2017

Prolog. Incrediblove

Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie. Już tak późno?! Jak ten czas szybko leci. Ech, zgasiłem lampkę nocną i odłożyłem książkę. Szefowa mnie zabije, jak się jutro spóźnię.

Ustawiłem sobie budzik na szóstą i przykryłem się szczelniej kołdrą. Mimo że w Hiszpanii jest cieplej zimą niż w Polsce o tej porze roku, to i tak temperatura spadła poniżej zera. Śnieg spadł i to przypomniało mi o ojczyźnie. Ciekawe, co tam słychać u mamy.

***

Nieznośny, cholerny budzik zadzwonił i zacząłem żałować, że go nie rozwaliłem wcześniej. Zwlokłem się z łóżka i pomaszerowałem do kuchni. Otworzyłem lodówkę i po chwili namysłu wyciągnąłem trzy jajka oraz trochę boczku, który przysłała mi mama.

Podsmażyłem go na patelni i rozbiłem jajka do szklanki. Wrzuciłem je na patelnię i zacząłem szybko mieszać. Gotową, mokrą i moim zdaniem najpyszniejszą jajecznicę przelałem na talerz i ukroiłem dwie kromki chleba.

Usiadłem z jedzeniem przy stoliku i otworzyłem swojego laptopa. Szybko przejrzałem pocztę, ubrałem się i spojrzałem na zegarek. Za dwadzieścia ósma. Idealnie, by piechotą dostać się do kliniki.

***

- Cześć, Nick! - przywitał się Danny, mój współpracownik. Mówi do mnie Nick, ale tak naprawdę nazywam się Nikodem. Pochodzę z Polski, ale przeprowadziłem się do Hiszpanii.

To nie tak, że było mi źle w Polsce, wręcz przeciwnie, gdybym mógł to bym się z niej nie ruszał. Po prostu jakoś zawsze mnie ciągnęło na południe.

Przebrałem się i wziąłem do pracy. Nic ciekawego nie było, rutynowe badania,  jeden zator.

- Dzień dobry! - usłyszałem od wejścia.

 Przez ten głęboki ton głosu, aż mnie przeszedł dreszcz. Spojrzałem w tamtą stronę i ujrzałem wysokiego blondyna o srebrnych oczach. Ale ciacho!

***
Krótki, ale to prolog. Tak, zaczynam nowe opowiadanie, ale nie zawieszam poprzedniego.
Spell of Love nadal w toku. A to tutaj, zaznaczam, od początku będzie fantasy!

Zapraszam również serdecznie na nowe opowiadanie pisane przeze mnie oraz Cosstkę, publikowane na wattpadzie!    >>klik<<
Zapraszam również na profil Cosstki na wattpadzie, która jedno opowiadanie już skończyła, drugie zaczęła, a w międzyczasie publikuje ciekawostki. Uwaga!!! Wszystko związane z grą Life is Strange!

sobota, 31 grudnia 2016

Bum... Bum...

Miał nadzieję, że to się uda. Przygotowywał to coś już dwa tygodnie. Ciekawe czy Greg to doceni. Czerwone pudełeczko uwierało i ciążyło mu w kieszeni spodni trzyczęśćiowego garnituru. 

Lestrade stał przy kuchennym blacie i kroił śledzie do koreczków. Reszta rzeczy była już gotowa i Mycroft był tak bardzo dumny ze swego kochanka, że udało mu się to wszystko bez spalenia czegokolwiek, co zdarzyłoby się gdyby Mycroft mu pomógł. Przerabiali to już w Boże Narodzenie i gdy tym razem Szara Eminencja chciała mu pomóc, stanowczym ruchem wyprosił go z kuchni.

Gdy wszystko według Grega było gotowe, Mycroft wziął szampana z lodówki, rozlał go do kieliszków i usiadł na sofie obok swojego kochanka. Włączyli telewizję i zaczęli słuchać na jednym z kanałów piosenek, podjadając przy tym różne, przygotowane przez inspektora, przysmaki. Oczywiście, nie obeszło się bez małego obmacywanka.  Gdy  pozostały dwie minuty do północy, a wszyscy już zaczęli odliczać sekundy, by powitać Nowy Rok, Holmes złapał Lestrada za rękę i pomógł mu wstać z kanapy.

- Myc? Coś się stało? - zapytał zdezorientowany.

- Ależ nic, ale chciałbym ci coś pokazać.

Mycroft wyciągnął czarną chustę i zawiązał oczy inspektorowi, który opierał się tylko przez chwilę.

- Zabiję się przez ciebie. Nawet nie wiesz, jakie to jest dziwne uczucie - marudził przez całą drogę przez dom polityka, ledwo utrzymując równowagę.

- Ała! - krzyknął, gdy uderzył kolanem o kant stołu. - Jeśli tak będziesz prowadzić to już widzę swój pogrzeb - Mycroft przewrócił oczami, przecież policjant wychodził z gorszych wypadków (w większości spowodowanych przez jego brata, ale cii...).

- Jeszcze chwila - powiedział po trzech potknięciach inspektora i sprawdził na swym zegarku godzinę. 45 sekund, niedobrze - pomyślał i przyśpieszył kroku, prawie przydeptując biednego Gregory'ego.

Dotarli do drzwi i przeszli na dwór. Starszy Holmes odwiązał chustę inspektorowi i objął go w pasie.

5...

Wyciągnął czerwone pudełko i otworzył ją.

4...

Pokazał ją Gregowi i zaczął mówić:

3...

- Drogi Gregory Lestrade...

2...

- Czy uczynisz mi ten zaszczyt...

1...

- I wyjdziesz za mnie?

Bum... Bum...

Nagle niebo rozjaśniało i mężczyźni usłyszeli kilkadziesiąt wybuchów. Z wielu mieniących się kul sztucznych ogni utworzył się wielki napis zrobiony z wybuchających fajerwerków, mieniący się tysiącem barw.

I Love You - głosił napis w wielkim sercu.

Nagle wszystko zaczęło się mienić i każda litera zaczęła z osobna wybuchać na mniejsze i rozbryzgiwać się w pył.

- Tak, po stokroć tak - wyszeptał ze łzami w oczach Greg. 

Obrócił się i wpił agresywnie w wargi Mycrofta. Holmes z równą siła odwzajemnił pocałunek, który szybko przemienił się w delikatny i czuły. Rząd bryryjski, trochę niezdarnie, włożył złoty pierścień z brylantem na serdeczny palec inspektora. 

Oderwali się od siebie dopiero wtedy, gdy usłyszeli dźwięki przychodzących wiadomości.

Od: John

Długo zwlekaliście :D

Od: Sherlock

Serio?! Zchańbiłeś mi inspektora! Nie wybaczę ci tego! :C

Zaśmiali się cicho. Po chwili przyszła następna wiadomość.

Od: John

Nie przejmujcie się nim. Mogę urządzić wieczory kawalerskie? :)

***
Co tam u was? Dużo prezentów było?
Życzę wszystkim Szczęśliwego, Nowego Roku, dużo jałojców i w ogóle...
W Polsacie, w Katowicach, blisko mnie, w moim województwie, było yaoi... Huehue <3

niedziela, 25 grudnia 2016

Znowu nie rozdział...

Dobra, sorki, nie wyrobiłam się do końca,  bo zasnęłam przed pasterką.  Ale dzisiaj, jak przyjadę od dziadków i się wezmę za kończenie. Sorki, ale magia świąt...