niedziela, 24 grudnia 2017

Sorry, people

Ludzie, wybaczcie mi, że nie ma ani kontynuacji maratonu, ani świątecznego one shota, ale wychodząc z wanny zemdlałam i rozbiłam sobie nos i głowę. Nie mam sił na nic. Finito

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Incrediblove - 2

- Przepraszam, że przeszkadzam - zaczął nieznajomy, którego spotkałem już trzeci raz w ciągu jednego dnia.
- Em, dzień dobry - nieznajomy uśmiechnął się niepewnie i wyciągnął z kieszeni kurtki... mój telefon! A to złodziej, phi!
- Jak na siebie wpadliśmy w sklepie to panu wypadła komórka - zaczął. Jestem niedobrym człowiekiem, który ocenia książki po okładce. Odebrałem telefon i podziękowałem. - Skoro już się znowu spotkaliśmy, mam panu kupić kawę za to, że pana przewróciłem.
Zmarszczyłem brwi. Po pierwsze: jesteśmy chyba w tym samym wieku, po drugie: facet oddał mi telefon, większość osób, by go zakosiła i wiała, gdzie pieprz rośnie.
- Z miłą chęcią - już chciałem zamknąć drzwi, gdy zobaczyłem wyciągniętą dłoń.
- Jestem Sebastian - uśmiechnął się do mnie. Dobra, te oczy w połączeniu z TAKIM uśmiechem są zdolne zrobić mi pranie mózgu. Na które z chęcią bym się zgodził.
Uścisnąłem wyciągniętą dłoń.
-Nikodem.
- Jutro o piętnastej w kafejce ,,Pod Aniołem" przy Pumarabin? - przekalkulowałem swój plan zajęć.
- Pewnie.
***
Sebastian odszedł kilkanaście minut temu. Co by tu porobić? Rozejrzałem się po moim pięknym, zafajdanym salonie. Tak to jest, jak się nie sprząta domu przez miesiąc. Ale serio, jestem facetem, mało który z nas lubi sprzątać. Nie znam nikogo, kto lubi sprzątać. Zerknąłem na moje trzystu litrowe akwarium z biotopem Ameryki Południowej. Moje czarne oraz lamparcie gupiki pływały razem z mieczykami, platkami oraz molinezjami i otoskami. Na piasku kwarcowym chodziły sobie maje raki pomarańczowe z rodziny Cambarellus. Moja flora składała się z różnych żabienic, nurzańca i rozłożystych kryptokoryn. Tsia.

- Problem w tym, że wasze kupy zasyfiają mi cały dół - wymamrotałem do siebie. Już wiem, co będę robić...

Wziąłem wąż gumowy, wiadro i gąbkę. Czas do pracy!

***
Jedno akwarium, trzydzieści  ryb i jedne nożyce dalej mój baniaczek został wyczyszczony, kilka nowych odnóg roślinek były w wiadrze z brudną, mętną wodą. Uznałem to za sukces. podniosłem się z klęczek,a moje nogi zaprotestowały. Nie mam trzydziestki, a czuję się dwa razy starszy. Poszedłem sobie do kuchni. Zaglądnąłem do kuchni. Ha! Zrobiłem zakupy, będzie uczta! Wyjąłem patelnię, pieczarki, mięcho, makaron i jajka. Moje spaghetti carbonara będzie gotowe w pół godziny.

***
Tak właściwie mam dwa akwaria. Drugie się robi. Znaczy, ja go robię, będzie z krewetkami karłowatymi, ma być w kuchni, gdzie właśnie zajadam się moim wyśmienitym carbonara, ha... Haha! Nie no, nie jestem, aż takim przechwałą. Albo jestem. Nie wiem nawet. Radio sobie grało z tyłu, Alvaro Soler śpiewał swoją ,,Sofię", a moja nóżka tańczyła razem z nim. Jeszcze trochę, a wywalę ten talerz. Taaa, jutro mam iść na kawę z przystojnym facetem o imieniu Sebastian, którego oczy patrzą na mnie tak przenikliwie, a w połączeniu z jego uśmiechem miękną mi kolana. Powinienem się pacnąć w ten głupi czerep! Nie dość, że fantazjuję o facecie, którego dziś poznałem to w dodatku pewnie o hetero. Mam do tego dziwną skłonność. Już kiedyś się w ten sposób zawiodłem. Państwo polskie nie jest już zbyt tolerancyjne, nie jesteśmy w szesnastym wieku. Oparłem głowę o rękę. Moje doświadczenia nie są zbyt miłe.

Nagle odezwał się mój telefon, a ja podskoczyłem na krześle i prawie, powtarzam prawie! wydałem  z siebie mało męski dźwięk. Dobrze, że mieszkam sam.

- Halo?
- Witam, witam, syneczku najukochańszy. Pogoda dopisuje?
- Mamuniu, jest ponad dwadzieścia stopni. Kiedyś się tu uduszę - oznajmiłem. - Co tam u Gosi?
- A jak myślisz? Siedzi nad książkami i obgryza paznokcie. Został jej ostatni egzamin z biologii i ma spokój. Znaczy u niej spokój po egzaminach to oczekiwanie na wyniki. A w czasie tego spokoju strasznie mnie denerwuje -zaśmiałem się.
- Uwierz mi, że wierzę.
- A jak ci minął dzień
- Cóż, nic nowego. Trzy razy spotkałem się z pewnym facetem, w dodatku pod koniec dnia oddał mi mój telefon, który zgubiłem. Jutro mam się z nim zobaczyć na kawie.
- Nikodemie... - zawiesiła głos, a ja jęknąłem. - Czy ja o czymś nie wiem?
- Tak, o akwariach. Zakładam nowe - teraz ona jęknęła, a ja uśmiechnąłem się mściwie.
- Powodzenia w takim razie - i się rozłączyła. Robi tak zawsze, jak zaczynam o moim hobby.

niedziela, 17 grudnia 2017

Incrediblove - 1

Ładna opalenizna, srebrne źrenice z niebieska otoczką i czarnymi piskami. Ciało miał przyjemnie umięśnione, czarne włosy, na moje oko pocieniowane, sięgały mu przed kark, przyjemnie okalając twarz. Ubrane miał czarne dżinsy, glany i granatową koszulę.

Mężczyzna w wejściu spojrzał na mnie, ale odwrócił wzrok i skierował swe kroki w stronę ordynatora. Przeszli do gabinetu, a ja odwróciłem od nich wzrok i odszedłem w kierunku sal. Nie myślałem już o nieznajomym, który zwrócił moją uwagę. Sprawdziłem pacjentów, wróciłem do swojego biura i zająłem się dokumentacją. Papierkowa robota była najgorszą robotą w każdej pracy. Według mnie było to chociaż lepsze od komputerowej roboty, od tego paliły mnie oczy i, w dodatku, pogłębiałem swoją wadę wzroku. Spojrzałem na zegarek, po obchodzie mogę się zbierać.

***
Po pracy postanowiłem wstąpić do sklepu, wszak nie miałem nic do żarła. Wziąłem koszyk i skierowałem się do stoiska z mięsem. Patrzyłem na rzeczy na półkach i szedłem przed siebie, gdy nagle wpadłem na coś twardego i zdecydowanie twardego. Impet był tak duży, że upadłem na podłogę. Spojrzałem w górę i miałem już zacząć opieprzać nieznajomego, gdy ujrzałem nieznajomego ze szpitala. Zmiąłem kilka niezbyt przyzwoitych słów w gębie, zanim się wydostały.

- Najmocniej przepraszam. Zagapiłem się i nie zauważyłem pana - usłyszałem. Uśmiechnąłem się wymuszenie i przyjąłem wyciągniętą rękę. 

- Nie szkodzi. Zaprosisz mnie na kawę to będziemy kwita - odpowiedziałem, puściłem mu oczko i odszedłem, nie czekając na jego odpowiedź. Biedaczek, chyba był zbyt rozkojarzony. Patrzył na mnie, jak Pawłowicz na Kaczyńskiego. Odszedłem zanim zdążył dokończyć.


***
Rzuciłem zakupy na blat kuchenny i usiadłem na krześle, opierając głowę na skrzyżowanych ramionach. Po całym dniu byłem strasznie zmęczony. Jedyne o czym mogłem myśleć to kąpiel, łóżko, ciepła kołdra, sen... Niekoniecznie w tej kolejności.  Powinienem zadzwonić jeszcze do Edwardo. Mieliśmy się dogadać, gdzie się spotykamy na nasze cotygodniowe-czwartkowe-spotkania-przyjaciół-do-rozmów-i-zwierzeń. Szkoda, że tak właściwie wysłuchiwałem o jego podbojach. Z reguły byłem cichym człowiekiem, którym nikt się nie interesował. Przynajmniej nie w tych aspektach, w których ja interesowałem się tymi osobami. 

Sięgnąłem po mój telefon do kieszeni, by zadzwonić... ale jego tam nie było!
- Moje, kurna, szczęście się kłania - oznajmiłem. Tylko ja mogłem zgubić telefon wielkości mojej ręki.
 Zacząłbym walić głową w stół w rytmie kankana, gdyby nie pukanie do drzwi. 
- Idę - krzyknąłem i ruszyłem, by je otworzyć. 
***
Od dzisiaj, aż do świąt maraton?  Trochę was zaniedbuję, postaram się poprawić.

poniedziałek, 18 września 2017

Rozdział X - Uczucia

Zarośla, w których się znajdował, strasznie go swędziały. Obiecał sobie, że to ostatni raz, gdy robi coś dla Niego. Czemu w ogóle był taki głupi, żeby znów się zgadzać? Mógłby teraz leżeć w swojej komnacie i wypoczywać. Ale z drugiej strony, chciał wiedzieć, dlaczego On tak się nimi interesuje. Chociaż w sumie, ten leżący blondyn byłby całkiem niezłą nagrodą za ten cały trud... Jak wróci, to poprosi Go o to. Z tymi myślami opuścił swój posterunek i ruszył w drogę powrotną...

***
- Kiedy będziemy na miejscu? - słysząc to już dziesiąty raz w ciągu ostatniej godziny, Halvir odwrócił się, starając przybrać na twarz swój najgroźniejszy wyraz. 
 Chyba udało mu się odnieść skutek, ponieważ Val, spojrzawszy na niego, szybko spuścił głowę Sylweriusz przewracał tylko oczami nad ich dziecinnym zachowaniem.

- Ty chociaż siedzisz na koniu - upomniał Vala. - Ja używam nóg. Ciesz się, że jestem taki wspaniałomyślny i ci go udostępniłem.

Książę spojrzał na niego i coś na kształt wyzwania pojawiło się w jego oczach.

- Nikt nie zabronił ci jechać ze mną. Leto nas udźwignie i dojedziemy dużo wcześniej.

- Dobrze - odparł z przekąsem. - Przesuń się - rozkazał i podszedł do konia, i Valdrigue, który wyciągał w jego stronę pomocną dłoń.

Jednym płynnym ruchem wskoczył na konia, który zarżał głośno na znak protestu. Objął Vala w pasie i przycisnął się bliżej, by mogli zmieścić się w siodle. Chuchnął ciepłym powietrzem obok ucha księcia, wprost na jego szyję, na co młodszego przeszedł dreszcz, bynajmniej nie zimna.

Val nie mógł w żaden sposób wytłumaczyć reakcji swego ciała. Przez ostatnie tygodnie, za każdym razem, gdy dotykali się przypadkiem, przypadkowo, jego ciało reagowało na spotkanie tego należącego do Czarownika. Czasem patrzył na niego o wiele dłużej niż powinien i, gdy przyłapywał się na tym było mu wstyd za swe zachowanie. Na zamku nie zdarzało mu się takie zachowanie. Otoczony był pięknymi damami dworu i przystojnymi, umięśnionymi  rycerzami, ale ani na jednych, ani na drugich nie reagował w ten sposób.
Za to przy Havim potrafił dostrzec mięśnie, poruszające się pod szatą, lśniące długie włosy, które okalały przystojną twarz. Osobowość maga też idealnie pasowała do jego własnej. Miał wrażenie, że mogliby się kłócić w przyjacielski sposób godzinami. Nie wiedział tylko, jak nazwać uczucie targające nim w środku za każdym razem, gdy Havi uśmiechał się do niego. Nie znał się na uczuciach, nigdy tego nie przechodził z nikim.

Havi spojrzał na księcia, którego trzymał w ramionach. Bał się, że przypomni sobie noc, w której się zmienił. Wmawiał sobie, że robi dobrze, że rozładowuje moc bestii, ale w głębi duszy trawiło go sumienie. 

Nie uszły jego uwadze spojrzenia, którymi go obdarzał książę. Podobały mu się i nie miał nic przeciwko, schlebiały mu. Nie potrafił przejść obojętnie obok Valdrigue i nie zauważyć jego walorów, umięśnionego ciała, płaskiego brzucha, gładkiej skóry. Poczeka i zobaczy, jak rozwinie się ta sytuacja...

- Zróbmy tu postój - zadecydował Sylweriusz, gdy zauważył, że powoli zaczyna się ściemniać, obaj zgodzili się i zsiedli z koni...

***
Zapuściłam tego bloga. Mam nadzieję to naprawić, a to, że spięłam dupę to zasługa komentarza @Osaki Nana. Ujmę to tak: jeżeli wiem, że mam dla kogo pisać, piszę chętniej. 
Merthura udostępniam, ponieważ znalazłam duży odzew na wattpadzie.

wtorek, 27 czerwca 2017

Merthur cz. 2

Arthur podczas któregoś treningu musiał uderzyć się w głowę. Zdecydowanie. Od trzech dni gonił tylko z książkami w tę i we w tę. Przez wszystkie te lata, gdy mu służył, nie widział go z taką ich ilością. Na początku miał go za królewskiego dupka, który nie potrafi czytać. A te kilka dni ( i cała reszta, gdy widział go pochylonego nad dokumentami) przeczyły jego teorii. I to go po części irytowało. Reszta to to, że nie wiedział, co jego małżonek knuje. Zastanawiał się nawet nad tym, czy nie byłoby dobre zaprowadzić go do Gaiusa.

Jedyne, co udało mu się ujrzeć to okładka, która i tak nie powiedziała mu zbyt wiele. Jedyne, co zobaczył to kwiaty. Jego obrączka miała również zdobienia układające się w motyw kwiatu, ale nie znał się na nich, aż tak dobrze mimo zbierania ziół dla Gaiusa.

- Dokąd idziesz? - zapytał w końcu Merlin.

 Arthur obejrzał się na niego w drzwiach i jego wzrok spoczął na zakrytym przez fałdy szat, brzuchu. Nie było jeszcze nic widać.

- Muszę coś załatwić. Nie czekaj na mnie.

Gdyby Merlin miał wazon pod ręką, pewnie już wylądowałby na ścianie. Lub drzwiach. Lub innych płaskich przestrzeniach w komnacie. Ale Merlin był cierpliwy i nie rzucał, czym popadnie. Wcale mie dlatego, że nic nie miał pod ręką, totalnie nie.

***

Następnego dnia, gdy się obudził, sam, bo Arthur nie wrócił na noc, zobaczył na poduszce obok frezję. Pamiętał go, bo Gaius jej często używał. Na stole znajdował się irys. Szybko ubrał pierwszą, lepszą szatę i wyszedł z komnat. Było dosyć wcześnie, więc nie spotkał nikogo na korytarzu, na którym znalazł białego hiacynta, a kilka metrów dalej niebieskiego. Z kwiatów zrobił sie już mały bukiet, ale to nie był koniec. Ekscytacja rozsadzała go od środka, był ciekaw, do czego go ta kwiecista droga go doprowadzi, i kto zrobił mu taką niespodziankę. Chociaż jego lista nie była zbyt długa. W zasadzie była na niej tylko jedna osoba. I to wywoływało uśmiech na jego twarzy, który nie chciał zejść.

Następną rośliną była konwalia. W drzwiach na dwór znalazł czerwonego goździka, a idąc przez dziedziniec do nieużywanej części ogrodu, różowego. Doszedł do wielkiego, zrobionego z bluszczu i innych pnących się roślin, mur.

Niby jak miał wejść do środka. Nic dziwnego, że wymyślił go Arthur. Zawsze pozostanie bezmyślnym, aroganckim dupkiem. Bezmyślnym aroganckim dupkiem ze świetnym tyłkiem... Stop! Wejście do ogrodu było ważniejsze. Teraz. Potem ma zamiar myśleć o wszystkich częściach ciała jego małżonka. Przeszedł wzdłuż muru, aż natchnął się na zagłębienie. Trudno dostępne, ale jednak wgłębienie, do którego moment później wszedł, z wściekłością marszcząc nos przez kłujące gałązki.

Odetchnął z ulgą, gdy wyszedł z przejścia. Rozejrzał się dookoła i dosłownie szczęka mu opadła. W ogrodzie znalazł wszystkie te kwiaty, które go tu doprowadziły. Najpierw goździki, potem irysy, hiacynty, frezje i inne. W kącie pięły się drzewa, a pod nimi stała długa, rzeźbiona z drzewa ławka.

- Uważaj, bo ci mucha wleci - usłyszał i podskoczył zaskoczony. Spojrzał za siebie i zobaczył uśmiechającego się Arthura, który moment później podszedł do niego i objął go w pasie. - Podoba się?

- Bardzo - przyznał. - Ale z jakiej to okazji?

- Mój prezent ślubny dla ciebie - wsadził nos we włosy Merlina i zaciągnął się ich zapachem. - O tym miejscu wiemy tylko my dwaj. I Gaius - zamyślił się -  I Gwen. Ale to dlatego, że mi pomagali.

- Sadziłeś to wszystko? - zdziwił się Merlin. - Przecież jesteś leniem - Ręce na jego biodrach zacieśniły swój uchwyt, ale nie na tyle mocno, by zrobić siniaki.

- Aleś ty zabawny, Merlinie. Ciesz się, że jestem w nastroju - prychnął.

- To co? Teraz ja ci się mam odpłacić? - otarł się o Arthura sugestywnie i spojrzał na niego niewinnie.

- Nie.

- Ależ... Zaraz. Jakie nie?

- Nie spałem całą noc, przygotowując ten ogród. I drogę do niego. Wiesz, ile trwało znalezienie znaczeń kwiatów i sprowadzenie ich do Camelotu? Idę spać - odpowiedział mu, odwrócił się na pięcie i odszedł, ziewając głośno.

- Arthurze!


***
No wiem. Jestem okropna, a tłumaczenie się nic nie da. ALE postaram się poprawić.

niedziela, 29 stycznia 2017

Newsletter

Więc tak: rozdział próbuję pisać,  ale słabo mi idzie.
Jak sama nazwa wskazuje, pracuję nad newsletterem, ale słabo mi idzie.
Jeśli ktos już chce być powiadamiany o nowych rozdziałach to może zostawić swój e-mail w konentarzu lub wysłać pod ten numer gg: 61673508

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Malasadas

Pairing McDanno z Hawaii Five-oh. 

Steve patrzył jak kolejny malasadas został zjedzony przez Danny`ego i coś go skręciło w żołądku. Starał się nie patrzeć na ilość, jaką jadł Williams, ale kiepsko mu to wychodziło.

- Może byś ograniczył cukier? - zapytał, gdy wysiedli z auta i skierowali się do siedziby Five Oh. Danny spojrzał na niego przelotnie.

- Niby czemu? - zapytał, a jego alfa miała na końcu języka ,,bo jesteś coraz grubszy", ale wiedział, że Danny obraziłby się.

A w jego przypadku, obrażanie trwało przynajmniej tydzień, nawet jeśli się go przeprosiło.

- To niezdrowe. W dodatku nie mam zamiaru odwiedzać cię w szpitalu z innego powodu, niż postrzał lub cokolwiek innego, spowodowanego przez którąś z akcji.

- Och, oczywiście - prychnął. - W końcu jako mój partner, nie tylko w pracy, gówno cię obchodzi, co się ze mną dzieje - zaczął gestykulować, gdy dotarli do drzwi gabinetu blondyna.

- Nie, właśnie o to chodzi, że martwię się o ciebie i staram się zapobiegać wypadkom - wyjaśnił spokojnie. Kono patrzyła na niego wilkiem, jakby wiedziała, że już coś spieprzył.

- Pamiętaj, że nadal nie darowałem ci tego, jak mnie zignorowałeś, gdy zaatakował nas rekin, a potem ty wolałeś się przytulać z Cath - Steve zauważył, jak ramiona Danny`ego się spięły. Teraz był pewny, że coś spieprzył.

- Dobra, nieważne, zostawmy ten temat.

- Trochę za późno - powiedziała jego omega i zamknęła mu drzwi przed nosem. Gdy doszedł do swojego biurka i się odwrócił, wiedział, że ma totalnie przerąbane, bo rolety w biurze Danny`ego były zasłonięte.

Niby nic nowego, ale to był znak i Kono patrzyła na niego groźnie. A jako że również była omegą, to wyczuwała humory Williamsa. Kochał jego charakter, jak i jego samego. Rzadko mówili sobie te dwa słowa, głównie po tych najbardziej niebezpiecznych akcjach, gdzie któryś z nich naprawdę mógł umrzeć, ale obaj wiedzieli, że to czują i to im wystarczało. Według współpracowników, już dawno byli starym małżeństwem, chociaż Steve jeszcze nie miał na tyle odwagi, by poprosić go o rękę. Jego matka czekała na to od dawna. Marry Ann naśmiewała się z niego, że potrafił przeżyć w Kambodży, czy w Korei, ale Danny to dla niego zbyt wiele.

Zgadzał się z nią po części, ale takiej, że wiedział, że coś sknoci. A tego by sobie nie wybaczył. Grace by mu nie wybaczyła, gdyby zranił jej cudownego ojca, a Rachel nadal miała jakiś dziwny rodzaj więzi z Williamsem i też go w pewien sposób chroniła. 

Mimo że był z nim już od roku, to i tak nadal kłócili się i dogryzali sobie jak wtedy, gdy nie byli razem. I to było piękne.

Jego rozmyślania przerwał głośny trzask, a zaraz później podszedł do niego Danny, mówiąc tylko:

- Muszę wyjść, wpisz mi dzień wolny, czy coś - i wyszedł, zostawiając ich zdezorientowanych.

Na początku myślał, że coś stało się Grace, ale o tym, by mu powiedział, w końcu kochał ją tak samo mocno jak Williamsa. Mieszkali razem i Grace wpadała do nich na weekendy, gdy była kolej Danny'ego na spotkania. To Steve zabierał ją popływać, bo jej ojciec nienawidził wody. I coś było cholernie nie tak.



***
Gdy wrócił do domu, Danny siedział na kanapie i z kimś rozmawiał przez telefon, ale gdy go zobaczył, szybko się rozłączył. To powinno zaalarmować jego instynkty. I zaalarmowało, ale nie dał tego po sobie poznać. Według Danny'ego był prymitywem, ale potrafił myśleć.

- Co się stało? Tak nagle wybiegłeś - zagaił i zobaczył spięcie ramion u Williamsa.

- To... nic takiego, kolega prosił o przysługę - powiedział wymijająco.

- Jadłeś już coś? - Danny pokręcił przecząco głową, więc skierował się do kuchni.

Ugotował coś na szybko i zjedli, oglądając jakiś film na laptopie. Gdy kładli się spać, Danny odwrócił się do niego tyłem, czego nigdy wcześniej nie robił, bo mimo iż kłócili się na porządku dziennym, to obaj pragnęli ciepła drugiej osoby. I to Steve'a zabolało.



***
Obudził się i widział, że Danny'ego nie ma obok. Rozejrzał się i ujrzał światło w łazience. Od razu, gdy wszedł, dostrzegł Williamsa klęczącego nad muszlą klozetową. Klęknął obok i pomasował go po plecach. Danny mało kiedy dostawał zatrucia pokarmowego. Może dlatego wczoraj tak wybiegł z bazy.

- W porządku? - zapytał, gdy wydawało mu się, że to koniec. Omega kiwnęła tylko głową i podeszła do umywalki, by przepłukać usta.

- Tak, to nic takiego - powiedział i na tym zakończył się ich dialog.

***

W bazie, Danny natychmiast podszedł do Kono i zamknęli się u siebie w biurze. Potem poszli do China i Steve czuł się doszczętnie zdradzony. Noż... Poszli do bety, a do niego już nie. Nienawidził nie wiedzieć, co się działo w jego zespole. W ogóle nienawidził nie wiedzieć!
Jego omega znowu gdzieś wyszła, nie mówiąc gdzie.


***
Siedział na lanai, gdy Danny wrócił. Skierował się na górę, do sypialni, a Steve patrzył na niego przez chwilę, po czym poszedł popływać. Lepiej mu się wtedy myślało, przeanalizował sobie wszystkie fakty. Omega wychodzi gdzieś, nie wiadomo gdzie, nic mu nie mówi. Kono i Chin wiedzą, ale też mu nic nie mówią. Czyżby go zdradzał? Zaraz odrzucił tę myśl. Może wiele na to wskazywał, ale Danny nie zostawiał nikogo. W jego małżeństwie to Rachel go zostawiła. Steve widział ból w oczach blondyna, gdy musiał rozstawać się z córką.

Nie wiedział, jak długo pływał, ale Danny czekał na niego na tarasie i machał, więc na pewno chwilę.

- Zrobiłem kolację. Chodź - powiedział Danny. Przecież on nie gotował, tylko na specjalne okazje. Miał urodziny, czy jak?

Gdy weszli do kuchni, wszystko było już przygotowane i czekało na nich. Usiedli naprzeciw siebie i nastała niezręczna cisza. Spojrzał na potrawy i zaczął się zastanawiać, co będzie jadła jego omega. Zrobił chilli z wołowiną i ananasem, sałatkę z ogórkiem, batatami i ananasem oraz sok ananasowy. Danny nienawidził ananasów!

- Kto ma to wszystko zjeść? - zapytał. Danny popatrzył na niego zdezorientowany.

- My. Chyba że kogoś zaprosiłeś.

- Ja nikogo, ale... Danny, ty nie lubisz ananasów - powiedział. Ramiona omegi spięły się i Danny spuścił wzrok.

- Danny - zaczął ostrzegawczo - powiedz, co się stało. Proszę - dodał już łagodniej. Miał problemy z ukazywaniem uczuć, ale czasem umiał się postarać. Nie wyszło mu z Cath, ale tego związku nie zamierzał zniszczyć, naprawdę go kochał.
Danny wypuścił powietrze z płuc i spojrzał w jego oczy.

- Jestem w ciąży - powiedział i Steve miał ochotę zemdleć. Ale był SEAL, to nie wchodziło w grę.

- Co? - wydukał i omega patrzyła na niego tak jak kiedyś, z tą irytacją, którą tak kochał.

- Mam ci wyjaśnić, jak to wygląda w teorii? Bo w praktyce chyba jesteś ekspertem - żachnął. Steve cieszyłby się z komplementu, ale nie miał czasu. - Zapłodniłeś mnie i tyle.

Trybiki w mózgu komandora porucznika działały na najwyższych obrotach. Dlatego jak się czasem budził to Danny'ego nie było, albo to ostatnie zachowanie w siedzibie, nagłe wyjście i telefon...

- Jak wtedy wziąłeś wolne to... - zaczął.

- Byłem u lekarza, który potwierdził moje domysły. Ten telefon również był do niego - wyjaśnił.

Steve wstał i okrążył stół, prawie się przy tym wywalając. Zamknął ukochanego w uścisku i nie zamierzał go puścić.

- Cieszę się. I to bardzo -wyszeptał mu do ucha i Danny się uśmiechnął.

- Spróbowałbyś się nie cieszyć - zagroził.

- Więc... przez ciążę zacząłeś lubić ananasa? - spytał żartobliwie. Mina Danny'ego jednak go nie rozbawiła.

- Owszem - wyjęczał - i to jest straszne. Jak to coś może być dobre? No ja się pytam? Nasze dziecko nie mogło zechcieć, nie wiem, chociażby sushi? Albo iść w moje korzenie i lasagne, albo spaghetti? Niee, geny McGarettów są za silne - wyjęczał cierpiętniczo, a Steve zaczął się opętańczo śmiać.

- Jeszcze jedno - zaczął Danny po kolacji, gdy już leżeli w łóżku - jeszcze raz nazwiesz mnie grubym... to nawet ambulans ci nie pomoże - przestrzegł go lojalnie.

***
Taka mała niespodzianka.