niedziela, 29 stycznia 2017

Newsletter

Więc tak: rozdział próbuję pisać,  ale słabo mi idzie.
Jak sama nazwa wskazuje, pracuję nad newsletterem, ale słabo mi idzie.
Jeśli ktos już chce być powiadamiany o nowych rozdziałach to może zostawić swój e-mail w konentarzu lub wysłać pod ten numer gg: 61673508

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Malasadas

Pairing McDanno z Hawaii Five-oh. 

Steve patrzył jak kolejny malasadas został zjedzony przez Danny`ego i coś go skręciło w żołądku. Starał się nie patrzeć na ilość, jaką jadł Williams, ale kiepsko mu to wychodziło.

- Może byś ograniczył cukier? - zapytał, gdy wysiedli z auta i skierowali się do siedziby Five Oh. Danny spojrzał na niego przelotnie.

- Niby czemu? - zapytał, a jego alfa miała na końcu języka ,,bo jesteś coraz grubszy", ale wiedział, że Danny obraziłby się.

A w jego przypadku, obrażanie trwało przynajmniej tydzień, nawet jeśli się go przeprosiło.

- To niezdrowe. W dodatku nie mam zamiaru odwiedzać cię w szpitalu z innego powodu, niż postrzał lub cokolwiek innego, spowodowanego przez którąś z akcji.

- Och, oczywiście - prychnął. - W końcu jako mój partner, nie tylko w pracy, gówno cię obchodzi, co się ze mną dzieje - zaczął gestykulować, gdy dotarli do drzwi gabinetu blondyna.

- Nie, właśnie o to chodzi, że martwię się o ciebie i staram się zapobiegać wypadkom - wyjaśnił spokojnie. Kono patrzyła na niego wilkiem, jakby wiedziała, że już coś spieprzył.

- Pamiętaj, że nadal nie darowałem ci tego, jak mnie zignorowałeś, gdy zaatakował nas rekin, a potem ty wolałeś się przytulać z Cath - Steve zauważył, jak ramiona Danny`ego się spięły. Teraz był pewny, że coś spieprzył.

- Dobra, nieważne, zostawmy ten temat.

- Trochę za późno - powiedziała jego omega i zamknęła mu drzwi przed nosem. Gdy doszedł do swojego biurka i się odwrócił, wiedział, że ma totalnie przerąbane, bo rolety w biurze Danny`ego były zasłonięte.

Niby nic nowego, ale to był znak i Kono patrzyła na niego groźnie. A jako że również była omegą, to wyczuwała humory Williamsa. Kochał jego charakter, jak i jego samego. Rzadko mówili sobie te dwa słowa, głównie po tych najbardziej niebezpiecznych akcjach, gdzie któryś z nich naprawdę mógł umrzeć, ale obaj wiedzieli, że to czują i to im wystarczało. Według współpracowników, już dawno byli starym małżeństwem, chociaż Steve jeszcze nie miał na tyle odwagi, by poprosić go o rękę. Jego matka czekała na to od dawna. Marry Ann naśmiewała się z niego, że potrafił przeżyć w Kambodży, czy w Korei, ale Danny to dla niego zbyt wiele.

Zgadzał się z nią po części, ale takiej, że wiedział, że coś sknoci. A tego by sobie nie wybaczył. Grace by mu nie wybaczyła, gdyby zranił jej cudownego ojca, a Rachel nadal miała jakiś dziwny rodzaj więzi z Williamsem i też go w pewien sposób chroniła. 

Mimo że był z nim już od roku, to i tak nadal kłócili się i dogryzali sobie jak wtedy, gdy nie byli razem. I to było piękne.

Jego rozmyślania przerwał głośny trzask, a zaraz później podszedł do niego Danny, mówiąc tylko:

- Muszę wyjść, wpisz mi dzień wolny, czy coś - i wyszedł, zostawiając ich zdezorientowanych.

Na początku myślał, że coś stało się Grace, ale o tym, by mu powiedział, w końcu kochał ją tak samo mocno jak Williamsa. Mieszkali razem i Grace wpadała do nich na weekendy, gdy była kolej Danny'ego na spotkania. To Steve zabierał ją popływać, bo jej ojciec nienawidził wody. I coś było cholernie nie tak.



***
Gdy wrócił do domu, Danny siedział na kanapie i z kimś rozmawiał przez telefon, ale gdy go zobaczył, szybko się rozłączył. To powinno zaalarmować jego instynkty. I zaalarmowało, ale nie dał tego po sobie poznać. Według Danny'ego był prymitywem, ale potrafił myśleć.

- Co się stało? Tak nagle wybiegłeś - zagaił i zobaczył spięcie ramion u Williamsa.

- To... nic takiego, kolega prosił o przysługę - powiedział wymijająco.

- Jadłeś już coś? - Danny pokręcił przecząco głową, więc skierował się do kuchni.

Ugotował coś na szybko i zjedli, oglądając jakiś film na laptopie. Gdy kładli się spać, Danny odwrócił się do niego tyłem, czego nigdy wcześniej nie robił, bo mimo iż kłócili się na porządku dziennym, to obaj pragnęli ciepła drugiej osoby. I to Steve'a zabolało.



***
Obudził się i widział, że Danny'ego nie ma obok. Rozejrzał się i ujrzał światło w łazience. Od razu, gdy wszedł, dostrzegł Williamsa klęczącego nad muszlą klozetową. Klęknął obok i pomasował go po plecach. Danny mało kiedy dostawał zatrucia pokarmowego. Może dlatego wczoraj tak wybiegł z bazy.

- W porządku? - zapytał, gdy wydawało mu się, że to koniec. Omega kiwnęła tylko głową i podeszła do umywalki, by przepłukać usta.

- Tak, to nic takiego - powiedział i na tym zakończył się ich dialog.

***

W bazie, Danny natychmiast podszedł do Kono i zamknęli się u siebie w biurze. Potem poszli do China i Steve czuł się doszczętnie zdradzony. Noż... Poszli do bety, a do niego już nie. Nienawidził nie wiedzieć, co się działo w jego zespole. W ogóle nienawidził nie wiedzieć!
Jego omega znowu gdzieś wyszła, nie mówiąc gdzie.


***
Siedział na lanai, gdy Danny wrócił. Skierował się na górę, do sypialni, a Steve patrzył na niego przez chwilę, po czym poszedł popływać. Lepiej mu się wtedy myślało, przeanalizował sobie wszystkie fakty. Omega wychodzi gdzieś, nie wiadomo gdzie, nic mu nie mówi. Kono i Chin wiedzą, ale też mu nic nie mówią. Czyżby go zdradzał? Zaraz odrzucił tę myśl. Może wiele na to wskazywał, ale Danny nie zostawiał nikogo. W jego małżeństwie to Rachel go zostawiła. Steve widział ból w oczach blondyna, gdy musiał rozstawać się z córką.

Nie wiedział, jak długo pływał, ale Danny czekał na niego na tarasie i machał, więc na pewno chwilę.

- Zrobiłem kolację. Chodź - powiedział Danny. Przecież on nie gotował, tylko na specjalne okazje. Miał urodziny, czy jak?

Gdy weszli do kuchni, wszystko było już przygotowane i czekało na nich. Usiedli naprzeciw siebie i nastała niezręczna cisza. Spojrzał na potrawy i zaczął się zastanawiać, co będzie jadła jego omega. Zrobił chilli z wołowiną i ananasem, sałatkę z ogórkiem, batatami i ananasem oraz sok ananasowy. Danny nienawidził ananasów!

- Kto ma to wszystko zjeść? - zapytał. Danny popatrzył na niego zdezorientowany.

- My. Chyba że kogoś zaprosiłeś.

- Ja nikogo, ale... Danny, ty nie lubisz ananasów - powiedział. Ramiona omegi spięły się i Danny spuścił wzrok.

- Danny - zaczął ostrzegawczo - powiedz, co się stało. Proszę - dodał już łagodniej. Miał problemy z ukazywaniem uczuć, ale czasem umiał się postarać. Nie wyszło mu z Cath, ale tego związku nie zamierzał zniszczyć, naprawdę go kochał.
Danny wypuścił powietrze z płuc i spojrzał w jego oczy.

- Jestem w ciąży - powiedział i Steve miał ochotę zemdleć. Ale był SEAL, to nie wchodziło w grę.

- Co? - wydukał i omega patrzyła na niego tak jak kiedyś, z tą irytacją, którą tak kochał.

- Mam ci wyjaśnić, jak to wygląda w teorii? Bo w praktyce chyba jesteś ekspertem - żachnął. Steve cieszyłby się z komplementu, ale nie miał czasu. - Zapłodniłeś mnie i tyle.

Trybiki w mózgu komandora porucznika działały na najwyższych obrotach. Dlatego jak się czasem budził to Danny'ego nie było, albo to ostatnie zachowanie w siedzibie, nagłe wyjście i telefon...

- Jak wtedy wziąłeś wolne to... - zaczął.

- Byłem u lekarza, który potwierdził moje domysły. Ten telefon również był do niego - wyjaśnił.

Steve wstał i okrążył stół, prawie się przy tym wywalając. Zamknął ukochanego w uścisku i nie zamierzał go puścić.

- Cieszę się. I to bardzo -wyszeptał mu do ucha i Danny się uśmiechnął.

- Spróbowałbyś się nie cieszyć - zagroził.

- Więc... przez ciążę zacząłeś lubić ananasa? - spytał żartobliwie. Mina Danny'ego jednak go nie rozbawiła.

- Owszem - wyjęczał - i to jest straszne. Jak to coś może być dobre? No ja się pytam? Nasze dziecko nie mogło zechcieć, nie wiem, chociażby sushi? Albo iść w moje korzenie i lasagne, albo spaghetti? Niee, geny McGarettów są za silne - wyjęczał cierpiętniczo, a Steve zaczął się opętańczo śmiać.

- Jeszcze jedno - zaczął Danny po kolacji, gdy już leżeli w łóżku - jeszcze raz nazwiesz mnie grubym... to nawet ambulans ci nie pomoże - przestrzegł go lojalnie.

***
Taka mała niespodzianka.

piątek, 13 stycznia 2017

Prolog. Incrediblove

Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie. Już tak późno?! Jak ten czas szybko leci. Ech, zgasiłem lampkę nocną i odłożyłem książkę. Szefowa mnie zabije, jak się jutro spóźnię.

Ustawiłem sobie budzik na szóstą i przykryłem się szczelniej kołdrą. Mimo że w Hiszpanii jest cieplej zimą niż w Polsce o tej porze roku, to i tak temperatura spadła poniżej zera. Śnieg spadł i to przypomniało mi o ojczyźnie. Ciekawe, co tam słychać u mamy.

***

Nieznośny, cholerny budzik zadzwonił i zacząłem żałować, że go nie rozwaliłem wcześniej. Zwlokłem się z łóżka i pomaszerowałem do kuchni. Otworzyłem lodówkę i po chwili namysłu wyciągnąłem trzy jajka oraz trochę boczku, który przysłała mi mama.

Podsmażyłem go na patelni i rozbiłem jajka do szklanki. Wrzuciłem je na patelnię i zacząłem szybko mieszać. Gotową, mokrą i moim zdaniem najpyszniejszą jajecznicę przelałem na talerz i ukroiłem dwie kromki chleba.

Usiadłem z jedzeniem przy stoliku i otworzyłem swojego laptopa. Szybko przejrzałem pocztę, ubrałem się i spojrzałem na zegarek. Za dwadzieścia ósma. Idealnie, by piechotą dostać się do kliniki.

***

- Cześć, Nick! - przywitał się Danny, mój współpracownik. Mówi do mnie Nick, ale tak naprawdę nazywam się Nikodem. Pochodzę z Polski, ale przeprowadziłem się do Hiszpanii.

To nie tak, że było mi źle w Polsce, wręcz przeciwnie, gdybym mógł to bym się z niej nie ruszał. Po prostu jakoś zawsze mnie ciągnęło na południe.

Przebrałem się i wziąłem do pracy. Nic ciekawego nie było, rutynowe badania, odrobaczenia i szczepienia.

- Dzień dobry! - usłyszałem od wejścia.

 Przez ten głęboki ton głosu, aż mnie przeszedł dreszcz. Spojrzałem w tamtą stronę i ujrzałem wysokiego blondyna o srebrnych oczach. Ale ciacho!

***
Krótki, ale to prolog. Tak, zaczynam nowe opowiadanie, ale nie zawieszam poprzedniego.
Spell of Love nadal w toku. A to tutaj, zaznaczam, od początku będzie fantasy!

Zapraszam również serdecznie na nowe opowiadanie pisane przeze mnie oraz Cosstkę, publikowane na wattpadzie!    >>klik<<
Zapraszam również na profil Cosstki na wattpadzie, która jedno opowiadanie już skończyła, drugie zaczęła, a w międzyczasie publikuje ciekawostki. Uwaga!!! Wszystko związane z grą Life is Strange!

sobota, 31 grudnia 2016

Bum... Bum...

Miał nadzieję, że to się uda. Przygotowywał to coś już dwa tygodnie. Ciekawe czy Greg to doceni. Czerwone pudełeczko uwierało i ciążyło mu w kieszeni spodni trzyczęśćiowego garnituru. 

Lestrade stał przy kuchennym blacie i kroił śledzie do koreczków. Reszta rzeczy była już gotowa i Mycroft był tak bardzo dumny ze swego kochanka, że udało mu się to wszystko bez spalenia czegokolwiek, co zdarzyłoby się gdyby Mycroft mu pomógł. Przerabiali to już w Boże Narodzenie i gdy tym razem Szara Eminencja chciała mu pomóc, stanowczym ruchem wyprosił go z kuchni.

Gdy wszystko według Grega było gotowe, Mycroft wziął szampana z lodówki, rozlał go do kieliszków i usiadł na sofie obok swojego kochanka. Włączyli telewizję i zaczęli słuchać na jednym z kanałów piosenek, podjadając przy tym różne, przygotowane przez inspektora, przysmaki. Oczywiście, nie obeszło się bez małego obmacywanka.  Gdy  pozostały dwie minuty do północy, a wszyscy już zaczęli odliczać sekundy, by powitać Nowy Rok, Holmes złapał Lestrada za rękę i pomógł mu wstać z kanapy.

- Myc? Coś się stało? - zapytał zdezorientowany.

- Ależ nic, ale chciałbym ci coś pokazać.

Mycroft wyciągnął czarną chustę i zawiązał oczy inspektorowi, który opierał się tylko przez chwilę.

- Zabiję się przez ciebie. Nawet nie wiesz, jakie to jest dziwne uczucie - marudził przez całą drogę przez dom polityka, ledwo utrzymując równowagę.

- Ała! - krzyknął, gdy uderzył kolanem o kant stołu. - Jeśli tak będziesz prowadzić to już widzę swój pogrzeb - Mycroft przewrócił oczami, przecież policjant wychodził z gorszych wypadków (w większości spowodowanych przez jego brata, ale cii...).

- Jeszcze chwila - powiedział po trzech potknięciach inspektora i sprawdził na swym zegarku godzinę. 45 sekund, niedobrze - pomyślał i przyśpieszył kroku, prawie przydeptując biednego Gregory'ego.

Dotarli do drzwi i przeszli na dwór. Starszy Holmes odwiązał chustę inspektorowi i objął go w pasie.

5...

Wyciągnął czerwone pudełko i otworzył ją.

4...

Pokazał ją Gregowi i zaczął mówić:

3...

- Drogi Gregory Lestrade...

2...

- Czy uczynisz mi ten zaszczyt...

1...

- I wyjdziesz za mnie?

Bum... Bum...

Nagle niebo rozjaśniało i mężczyźni usłyszeli kilkadziesiąt wybuchów. Z wielu mieniących się kul sztucznych ogni utworzył się wielki napis zrobiony z wybuchających fajerwerków, mieniący się tysiącem barw.

I Love You - głosił napis w wielkim sercu.

Nagle wszystko zaczęło się mienić i każda litera zaczęła z osobna wybuchać na mniejsze i rozbryzgiwać się w pył.

- Tak, po stokroć tak - wyszeptał ze łzami w oczach Greg. 

Obrócił się i wpił agresywnie w wargi Mycrofta. Holmes z równą siła odwzajemnił pocałunek, który szybko przemienił się w delikatny i czuły. Rząd bryryjski, trochę niezdarnie, włożył złoty pierścień z brylantem na serdeczny palec inspektora. 

Oderwali się od siebie dopiero wtedy, gdy usłyszeli dźwięki przychodzących wiadomości.

Od: John

Długo zwlekaliście :D

Od: Sherlock

Serio?! Zchańbiłeś mi inspektora! Nie wybaczę ci tego! :C

Zaśmiali się cicho. Po chwili przyszła następna wiadomość.

Od: John

Nie przejmujcie się nim. Mogę urządzić wieczory kawalerskie? :)

***
Co tam u was? Dużo prezentów było?
Życzę wszystkim Szczęśliwego, Nowego Roku, dużo jałojców i w ogóle...
W Polsacie, w Katowicach, blisko mnie, w moim województwie, było yaoi... Huehue <3

niedziela, 25 grudnia 2016

Znowu nie rozdział...

Dobra, sorki, nie wyrobiłam się do końca,  bo zasnęłam przed pasterką.  Ale dzisiaj, jak przyjadę od dziadków i się wezmę za kończenie. Sorki, ale magia świąt...

sobota, 24 grudnia 2016

HOHOHO!1! i w ogóle...

No dobra, więc życzę wszystkim Wesołych Świąt, żeby było dużo jałojców, smacznego karpia (i innych ryb) dobrej moczki i makówek, żeby było DUUŻO prezentów i w ogóle!
A moim prezentem będzie to, że zamiast spać będę pisać i wynagrodzę Wam te miesiące nieobecności... W każdym dniu Świąt coś wstawię... w tym niespodziankę, która niestety nie będzie dotyczyć Spell of love, ale mam nadzieję, że i tak się Wam spodoba, więc... spróbuję się wyrobić do pasterki! 
JESZCZE JEDNO!
 Dobijmy do sześciu tysięcy wyświetleń!!!


Akatsuki sm    

wtorek, 13 grudnia 2016

Ślub Arthura

Wpadł do komnaty jak burza i od razu zaczął pakować swoje rzeczy do podręcznego tobołka. Żył w tym zamku już tak długo, a jego własność mieściła się w dwóch dłoniach. Trzy koszule i dwie pary spodni. I księga. Inne rzeczy dostał od Gaiusa, nie zaliczał ich do własnych. Może znalazłby jeszcze trochę przedmiotów,  ale znajdowały się w komnacie Arthura, a tam nie zamierzał wracać.

Uczucie zdrady było jeszcze zbyt świeże i świadomość, że w łóżku, które jeszcze wczoraj dzielili, miała spać teraz Gwen, była nie do zniesienia. Próbował być silny, ale to było ponad jego możliwości. Tyle lat go chronił i z chęcią robiłby to nadal, ale to, co do niego czuł, powoli wyniszczało go od środka. Dochodziła do tego zaskakująca wiadomość od Gaiusa. Może cieszyłby się z niej, gdyby nie dzisiejsze obrady.
***
Wszyscy pokłonili się przed następcą tronu. Arthur wstał z tronu, a rada ogłosiła, że pojutrze odbędzie się koronacja na króla. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie następne słowa, wtedy jeszcze, księcia.

- A po koronacji mój ślub! - wykrzyknął radośnie, a stojący nieopodal niego Merlin poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła i dziwił się, że jednak nie zwymiotował. Wszyscy wyraźnie się i ożywili, Gwen uśmiechnęła się promiennie do Arthura.

Wiedział, że Arthur chce dziedzica, to byłoby dziwne gdyby nie chciał. Ale Gaius... Teraz to nie było ważne. Nie miał zamiaru patrzeć, jak jego ukochany blondyn wychodzi za mąż za Ginewrę. Nie potrafiłby spojrzeć w oczy ani jemu, ani jej. To byłoby zbyt bolesne.
***

Starał się jakoś pożegnać się z Gaiusem, który, podobnie jak reszta jego przyjaciół, cieszył się z nadchodzącego ślubu i to również wciskało mocniej kolec tkwiący w sercu Merlina. Czemu się dziwił? Nikt nie wiedział o ich romansie. Mimo, że trwał od trzech lat to nie zdradzili tego nikomu, ale miał podejrzenia, że Morgana wiedziała. W końcu była Widzącą.

Ledwo powstrzymywał łzy, które chciały spływać po jego policzkach, ale nie miał zamiaru okazać słabości. Nadworny medyk patrzył na niego pytająco, zapewne nie rozumiejąc czemu się nie cieszy. Chciałby, naprawdę, ale zazdrościł Gwen czegoś czego on sam nie mógł mieć, mimo daru, jak nazwał go Gaius.

Szedł korytarzem w stronę kuchni, a tam chciał wyjść wyjściem dla służby. Jedyną osobą jaką mógł spotkać i zostać przepytanym dokąd się udaje, była Ginevra, ale teraz pewnie niosła kolację Morganie. Żołądek skurczył mu się nieprzyjemnie, myśląc o tym, że sam powinien to zrobić, bo Athur by się wściekł i wylądowałby w dybach za karę.

Minął kolejny zakręt i poczuł, jak jego twarz uderza o coś twardego. Silne ręce przytrzymały go za ramiona, zanim się wywrócił. I to było tak cholernie niesprawiedliwe, bo on doskonale znał te ręce, bo od kilku lat dotykały jego całego ciała.

- Dokąd idziesz? - zapytał go Arthur i uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny sposób z nutką kpiny.

- Ee... Po twoją kolację - powiedział pierwszą odpowiedź jaka mu teraz przyszła do głowy. Miał nadzieję, że tym razem Arthur da mu spokój i nie będzie mu wytykał, że strasznie się spóźnia, ale z drugiej strony, i tak by tej kolacji nie zjadł skoro włóczył się po korytarzach. 
Mina Arthura dała mu do zrozumienia, że jego prośby nie zostały wysłuchane i blondyn nie dał się nabrać.

- Jak to po kolację? - spojrzał na niego niezrozumiale.

- Jestem twoim służącym, to moje zadanie - wyjaśnił zdezorientowany.

Arthur nadal patrzył na niego, jakby mówił w innym języku. Znał go dobrze, nawet bardzo dobrze i na początku myślał, że sobie po prostu robi z niego żarty. Ale to jednak nie było to. Książę na prawdę nie wiedział, o co chodzi. Złapał go za rękę i pociągnął.

Ciągnął go, a Merlin ledwo nadążał. Rozpoznał,  że Arthur ciągnie go do ICH byłej komnaty i gwałtownie się zatrzymał, omal się przy tym nie wywracając. Blondyn spojrzał na niego zaskoczony i zapytał:

- Merlinie? Co się dzieje?

- Nie wejdę tam. Błagam, oszczędź mi tego - spuścił głowę. Książę złapał go za podbródek i podniósł głowę, patrząc w oczy.

- Mam ci coś ważnego do powiedzenia. Mam nadzieję, że się ucieszysz, bo to chyba radosna wiadomość.

Wszedł z nim do komnaty i zaprowadził do łóżka, gdzie obaj usiedli.

- Na dzisiejszej naradzie przegłosowano wniosek o zawieraniu małżeństw tej samej płci - powiedział cicho, a Merlin podniósł gwałtownie głowę. To niemożliwe...

Arthur klęknął przed nim i wyciągnął granatową, małą szkatułkę, którą otworzył. Wyjął z niej złoty pierścionek z kamieniem na środku. I Merlin miał wrażenie,  że przestał oddychać. 

- Wiem, że robię to strasznie późno i w ogóle na początku nie byłem dla ciebie dobry, ale... kocham cię. Nie wiem kiedy, ale jednak zawładnąłeś moim sercem i nie potrafię bez ciebie żyć, więc... Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moim mężem? 

- A Gwen? - zapytał niedowierzająco. To musiał być sen, bo to zbyt piękne, by było prawdziwe.

- Co z tym wspólnego ma Gwen?  - zapytał niezrozumiale. Merlin spuścił głowę zawstydzony. Jak mógł tak myśleć? Przecież Arthur taki nie był. Powinien był wiedzieć lepiej. 

- No bo... Wczoraj ty... A ona... - próbował sklecić jakąś odpowiedź, ale uczucie ulgi, jakie go ogarnęło było zbyt silne.

- Naprawdę jesteś idiotą - usłyszał i nie mógł się nie zgodzić.  - Jaka jest twoja odpowiedź? - Merlin uśmiechnął się.

- Nie jestem , aż takim idiotą, żeby nie powiedzieć ,,tak". Kocham cię - wyszeptał mu do ucha. To było przeznaczone tylko dla niego. Arthur założył mu pierścionek na serdeczny palec.

- Ja ciebie też - przytulili się mocniej, a Arthur zaczął składać delikatne pocałunki na jego twarzy, schodząc coraz niżej.

- Co to za kamień? Ma taki ładny kolor - powiedział Merlin. Przyjrzał się bliżej pierścieniowi i dostrzegł, że kamień jest dwukolorowy - niebieskozielony.

- To aleksandryt*. Sądzę, że najlepiej cię przypomina. Tak samo tajemniczy, jak ty na początku. I magiczny - powiedział.

 - Jedyna sprawa, jaka mnie martwi to potomek, ale o tym pomyślimy, kiedy indziej - powiedział jeszcze na koniec. Merlin uśmiechnął się i wiedział już, co zrobi z informacją od Gaiusa. I cieszył się, że powiedział Arthurowi o magii.
***

Uczta toczyła się w najlepsze, mimo początkowego szoku na informację, kto okazał się wybrankiem księcia. No, może nie wszyscy byli zdziwieni, bo przyjaciele podśmiewali się z nich, mówiąc, że trzeba było ślubu, żeby w końcu oficjalnie się ujawnili. Morgana razem z Gwen miały aż nadto triumfalny uśmiech i Arthur wyszeptał Merlinowi do ucha, że muszą się odegrać.

Udało im się właśnie skryć za jednym z rozgałęzień, gdzie Arthur miał nadzieję, że nikt ich nie znajdzie. Jakimś cudem Merlin nie stracił swojej złotej korony i się cieszył, bo miał wrażenie, że ten odgłos ściągnąłby kilka nieproszonych głów.

- Przenieśmy się do sypialni - jęknął, gdy poczuł dłoń Arthura wślizgującą się pod jego odzienie i dotykającą sutków.

- Tak, to dobry pomysł - przyznał mu rację Arthur, co nie zdarzało się zbyt często.

- Och, tutaj jesteś wasza wysokość! - usłyszeli i Merlin był pewien, że Lancelot zaczaił się na nich specjalnie. - Dlaczego nie jesteście na uczcie? - spytał niewinnie. Zbyt niewinnie. I Merlin był pewien, że chodziło o tamten zakład z Gwainem. Gdyby nie siedzieli obok to nic by nie wiedział.

- Um, jestem pewien, że poradzicie sobie bez nas. W końcu jesteście najlepszymi rycerzami w Królestwie i dziwnym byłoby, gdybym nie mógł zostawić was samych - pomijając początek to Arthur miał tę swoją pewność w głosie i Merlin był mu wdzięczny.

- Ależ oczywiście, że sobie poradzimy - skłonił się i odszedł, ale Merlin dałby sobie rękę uciąć, że widział cwaniacki uśmieszek.

- Chyba wygrał zakład - powiedział, gdy wpadli do komnaty, a Arthur przyszpilił go do łóżka.

- Jakiego zakładu? Zresztą, nieważne.

Merlin przypomniał sobie o czymś i wstał tak gwałtownie, że Arthur prawie spadł z łoża. I wydałoby się to zabawne brunetowi, gdyby nie zdenerwowanie nadchodzącym zadaniem.

- Co ci odbija? - zapytał blondyn, masując ręką bark, którym uderzył w kant łóżka. Merlin wziął głęboki oddech i powiedział:

- Mówiłeś, że chcesz dzieci, prawda? - mężczyzna nic nie powiedział, więc kontynuował. - A gdybym ja mógł ci dać dzieci? - zapytał nerwowo. Arthur parsknął.

- Oczywiście, że byłbym szczęśliwy, ale jesteś mężczyzną. 

- Mężczyzną władającym magią. I... no tak właściwie... Gaius mnie ostatnio badał... i... tak jakoś wyszło... że mój ojciec... miał w sobie krew smoka... a oni tak jakby... mogą zajść w ciążę... - wydukał nieskładnie. Patrzył na Arthura, który z kolei patrzył na niego osłupiały.

- Och - wydukał jedynie.

- I tak jakby ostatnio wymiotowałem, pamiętasz? No i poszedłem do Gaiusa... no i się okazało, że jestem... jestem w ciąży. Ja... zrozumiem, jeżeli nie będziesz już... - powiedział niepewnie.

- O czym ty mówisz? O Boże, ale się cieszę! Będę miał dziecko! I to w dodatku z tobą! - chwycił go mocno i podniósł do góry. - Tak bardzo cię kocham - wyszeptał przybliżając głowę do brzucha Merlina, który położył dłoń na ramieniu blondyna.

- Ja ciebie też kocham. Tak bardzo... - wyszeptał i łza szczęścia poleciała mu po policzku.

- Merlinie?

- Hmm?

- Co powiesz na to, żeby to uczcić? - spytał z chytrym uśmieszkiem.

- Z miłą chęcią...
***

Nie chciało mi się nic więcej dodawać. Wszystko przez Percy Jacksona i konkursy.
Ale w piątek już dokończę rozpoczęte rozdziały. Obiecuję. Mam nadzieję, że Merthur się podoba, a jeśli tak to cz chęcią napiszę więcej takich. Kto wie, może coś dłuższego?