niedziela, 14 lutego 2016

Walentynkowy One Shot

Udało się! Wspięłam się na wyżyny swej jakże silnej woli i napisałam walentynkowego shota! Sama muszę przyznać, że mnie nie zadowala. Czegoś w nim brakuje. No, ale cóż.
Jestem zdołowana :,( Jeśli nie znajdę pod tą notką, ani pod następnym "spellem" komentarza  to popadnę w depresję. I to zaawansowaną! Więc spróbujcie mnie uratować!  

***

David czekał już dzisiaj wystarczająco długo. Powoli zbliżała się północ, a po jego ukochanym ani widu, ani słychu. W ten dzień była ich czwarta rocznica spotkania. 
W dodatku miała podwójne znaczenie, ponieważ wypadała w święto zakochanych - walentynki. Doskonale pamiętał to wydarzenie, dzięki któremu się poznali, choć nie było to dla niego dość przyjemne doświadczenie. Kiedyś ten dzień był jednym z wielu innych, nic nie znaczących. Do czasu.

Szedł jedną z ciemnych uliczek prowadzących na jego osiedle. Znajdowało się ono w niezbyt przyjemnej okolicy. Zdarzały się tam kradzieże, pobicia i inne. Śpieszył się, bo było już późno i gdyby mógł, to najchętniej w ogóle nie wychodziłby z domu. Jednak musiał zostać dłużej w szkole, bo ostatnio go nie było, a materiał nadrobić trzeba.

Jeszcze tylko cztery zakręty, by znalazł się w domu. Nagle poczuł ból w okolicach karku. Został przyszpilony do ściany budynku.
- Cicho malutki, jeśli będziesz grzeczny to nic poważnego ci się nie stanie - usłyszał szept i oddech przy swoim uchu. Matko, w co on się wpakował?

Nie posłuchał mężczyzny i zaczął się szarpać. Krzyknął kilka razy, ale człowiek za nim był silniejszy. David oberwał prawym sierpowym w okolice żołądka i kaszląc osunął się na ziemię. Facet podciągnął go i zaczął zdejmować mu spodnie oraz bokserki. W tym momencie nie miał siły się sprzeciwić, więc tylko jęczał z bólu przez palce mężczyzny, które trzymały go ,,odrobinę" za mocno.

Sprawca już brał się za swoją dolną część garderoby, gdy nagle usłyszał hałas.
- Zostaw go! - jakiś młody facet dobiegł do mężczyzny i walnął go w twarz, jednocześnie drugą ręką łapiąc chłopaka, który zaczął osuwać się na ziemię. Kątem oka zobaczył jak sprawca ucieka klnąc na wszystko co się napatoczy, chyba nawet na własną matkę. 

To go teraz nie interesowało, ważniejszy był nieprzytomny nastolatek, którego trzymał. A miał to być normalny dzień. Wracał z pracy w stronę samochodu, gdy usłyszał krzyki. Popędził w tamtym kierunku i zobaczył zdarzenie. 

Znowu popatrzył na chłopaka - miał kasztanowe włosy i szare oczy. Był w jego typie. Nie wiedział gdzie mieszka młodzieniec, więc zabrał go do swojego domu.
Następnego dnia chłopak odzyskał przytomność i dziękował swojemu wybawcy.
- Nie martw się tym, grunt, że tobie nic nie jest. - powiedział uśmiechnięty. Widząc, że chłopak chce o coś zapytać sam rozpoczął rozmowę. - Jak się nazywasz?
- Jestem David, proszę pana.
- A więc Davidzie, miło cię poznać. Jestem John i proszę, nie mów do mnie pan, mam dwadzieścia cztery lata. A ty?
-  Przepraszam, mam osiemnaście.
Po tamtym zdarzeniu dziwnymi zbiegami okoliczności zaczęli na siebie wpadać. Czy to na mieście, czy w sklepie. Powoli zbliżali się do siebie. Po roku zostali kochankami i zamieszkali razem.

David westchnął i położył się do łóżka, był zmęczony. Dziś miał kolokwium  na uniwersytecie i stresował się jak diabli. Chciał spędzić czas z  Johnem, ale ten nie pojawił się w domu od rana. Nawet nie zadzwonił i student powoli zaczynał się martwić. Z  najgorszymi myślami odpłynął w krainę Morfeusza.
***

Rano obudziła go głośna krzątanina po kuchni. Miejsce obok niego było ciepłe, więc pewnie John wrócił zaraz po tym, gdy on poszedł spać. Nie potrzebnie się martwił. Niechętnie wstał z łóżka i pomaszerował do kuchni. Dotarł tam niemal bezgłośnie, więc jego kochanek go nie zauważył. Oparł się o framugę drzwi obserwował jego poczynania. Brunet z bursztynowymi oczami uwijał się tak szybko, jak tylko mógł. 

Zrobił już bekon i rozbił jajka, teraz musiał czekać, aż się dopiecze. W między czasie nalał soku pomarańczowego i przygotował talerze na stole. W końcu David postanowił się odezwać.
- Dzień dobry, skarbie. - zaskoczony John odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął się promiennie.
- Cześć, obudziłem cię, prawda? Siadaj, zaraz będzie gotowe.
Ciekawe czy sobie przypomniał, jaki był wczoraj dzień, pomyślał David siadając.
- O której wróciłeś? - zapytał.
- Koło drugiej.  Przepraszam, że musiałeś się o mnie martwić. - Usiadł naprzeciwko i powiedział: 
- Komórka mi siadła i nie mogłem dać ci znać, że szef prosił mnie o zrobienie dodatkowego bilingu. A wieczorem koledzy wyciągnęli mnie na popijawę, bo jeden się zaręczył. Wybaczysz mi? 

David nic nie powiedział, tylko zabrał się za jedzenie. Nie był zły. Był wkurwiony. Może tego nie pokazywał, ale był romantykiem i myślał, że wyjdą do kina albo do restauracji. Ale nie, bo on musiał dostać robotę i kumple byli ważniejsi. Ledwo powstrzymał się od głośnego prychnięcia.

Po zjedzonym posiłku zamknął się w sypialni i nie dopuszczał do siebie Johna, który nawet nie wiedział, za co jego partner się tak złości.

Dwie godziny później zadzwonił jego telefon. Spojrzał na wyświetlacz. Odebrał połączenie.
- Cześć, Ann. Coś się stało? - Annabeth była jego przyjaciółką już za czasów licealnych. Poszli na ten sam kierunek i dostali się do tej samej firmy. Znali się tak dobrze, że jeden przed drugim nie potrafił niczego ukryć.
- Hej, nic się nie stało. Powiedz lepiej, co mu dałeś? - zapytała podekscytowana.
- Eee, a czemu miałem mu coś dać? - zapytał zdziwiony.
- Błagam, nie mów, że zapomniałeś. Proszę.
- O czym zapomniałem?
- Czternasty lutego? Wasze pierwsze spotkanie? - mówiła Ann, podkreślając pytania.  
- Wiesz, wczoraj go spotkałam, jak wracał z uniwersytetu. Miał kolokwium, ale był wniebowzięty, bo myślał, że gdzieś się wybierzecie. On tego nie okazuje, ale lubi być przez ciebie rozpieszczany. Nie wyobrażam sobie jaki musi być zawiedziony. - westchnęła - Masz go przeprosić i  gdzieś zabrać, inaczej nie ręczę za siebie. - I rozłączyła się zostawiając osłupiałego bruneta.

Z wrażenia usiadł na krześle i klepnął się otwartą dłonią w czoło. Czy on zawsze musiał coś spierdolić? Zawalił. I to na całej linii.

Popatrzył na zegar wiszący na ścianie. Wpół do trzeciej. Jeszcze miał czas, żeby wszystko naprawić. Wziął swojego laptopa i sprawdził repertuar w najbliższym kinie, zarezerwował stolik w ulubionej pizzerii szarookiego. 

Zapukał delikatnie do drzwi i otrzymując odpowiedź wszedł do środka. Davida zastał leżącego na łóżku z książką w rękach. Chłopak nawet nie raczył na niego spojrzeć. No cóż, należało mu się. Przysiadł na łóżku i powiedział:
- Ubieraj się, skarbie. Wiem, że zawaliłem, ale daj mi szansę to naprawić, proszę. - Udało się. Szare tęczówki zwróciły się w jego stronę.
- Niby dlaczego miałbym ci ją dać, co? - popatrzył się na niego spode łba.
- Bo,mnie kochasz? - Zrobił minkę słodkiego szczeniaczka, która, o dziwo, zawsze działała na Davida. Tym razem również.
- Noo, dobrze. Ale musisz się postarać.
***

Siedzieli przy stoliku niewidocznym dla innych gości i zajadali się pizzą. Wcześniej obejrzeli nowy film akcji, który spodobał się im obu. Johnowi w magiczny sposób udało się udobruchać Davida, który z bananem na twarzy zajadał już trzeci kawałek.
- To co? Wybaczysz mi ten napad sklerozy? - zapytał w końcu. Młodszy mężczyzna zastanowił się przez chwilę i odpowiedział:
- Zgoda, ale - Nachylił się nad stolikiem i powiedział szeptem do ucha swojego kochanka - jeśli znowu zapomnisz to do końca swoich dni będziesz żył w celibacie, rozumiemy się? - John energicznie pokiwał na znak zgody. Udało mu się ukryć grymas, którego nie mógł pokazać Davidowi. Nie chciał wiedzieć, co by mu za to zrobił.

***

Mam nadzieję, że się podobało. Wiecie, o co proszę.
A rozdział dedykuję mojej becie.

sobota, 6 lutego 2016

Rozdział I - Przysięga


- Przyjechałem tu by prosić cię o pomoc.
Mężczyzna dokładnie zlustrował przybysza. Zauważył pochwę z mieczem przypiętym do pasa. Broń lśniła szkarłatem, który trudno było opisać - z jednej strony był piękny, a z drugiej przerażający. Przywoływał na myśl krew, dużo krwi.


Ponownie zwrócił swój wzrok ku twarzy obcego i powiedział:
- Jeśli myślisz, że będę ci się kłaniał z powodu urodzenia to będziesz rozczarowany. - Na te słowa czarnowłosy uśmiechnął się.
- Wcale tego nie oczekuję, po prostu pewnych zasad z domu się nie zapomina. Możemy porozmawiać? - srebrnowłosy skinął mu głową na znak zgody i poprowadził jednym z korytarzy do przestronnego pomieszczenia z mahoniowym biurkiem i dwoma krzesłami po obu stronach.
- Napijesz się czegoś? - skinięcie głową. Zawołał do jednej ze służących. Kazał przynieść karafkę wina i dwa kielichy. Następnie wrócił i usiadł na jednym z krzeseł. Ruchem głowy wskazał gościowi drugie. 
- Nie przedstawiłem się jeszcze, nazywam się Halvir Hagst. Co cię sprowadza w moje skromne progi? - zapytał. Młodszy z mężczyzn chciał odpowiedzieć, ale rozległo się głośne pukanie od strony drzwi. - Wejść! - Po chwili wysoka blondynka postawiła na stole tacę z winem i kielichy. Zatrzymała się jeszcze przy drzwiach i dygnęła lekko. Znowu popatrzył się na  chłopaka.

Brunet wziął głęboki oddech i zaczął:
- Pochodzę z północy, żyję na dworze. Kilka tygodni temu mój  kraj został napadnięty przez zgraję demonów i to nie byle jakich. To były demony wyspecjalizowane w zabijaniu masowym. - Zamknął oczy i powrócił do wydarzeń, których jeszcze przez długi czas nie zapomni.

- Braciszku! - donośny głos rozbrzmiał w jednym z korytarzy pałacu. Valdrigue odwrócił się w stronę swojego młodszego brata. Krótkie jasne włosy opadały na niebieskie oczy, które były bardzo podobne do jego własnych.
- Co ty tutaj robisz, Aki? Miałeś iść do sali tronowej. Ojciec pewnie się o ciebie martwi.
- Wiem, ale boję się o ciebie. Co chcesz zrobić? - zapytał  ostatkiem sił, próbując się nie rozpłakać. - Wszędzie roi się od demonów.

Nagle okno na końcu przejścia rozbiło się w drobny mak, a przez otwór wleciała poczwara o ciemnym kolorze skóry poplamionej  w niektórych miejscach plamami krwi, tego samego koloru skrzydłach i niesamowicie zdeformowanym pysku. Gdy ujrzała dwie postacie naprzeciw niej ryknęła głośno, takim dźwiękiem, że szyby w sąsiednich pomieszczeniach stłukły się. Z impetem poleciała na braci. Młodszy schował się za plecami starszego i zaczął cicho szlochać. Demon jednak nie zrobił nikomu krzywdy, bowiem Valdrigue wyciągnął swój miecz z pochwy i jednym, szybkim ruchem oddzielił głowę potwora od reszty ciała, które upadło na posadzkę przed nimi.

Królewicz strzepnął resztki czarno-czerwonej cieczy z głowni i schował ją.
- Chodź, Aki. Nie mogę cię zostawić samego i  tracić czasu na odstawienie cię do ojca i straży.
Poprowadził go do dużego pokoju bez mebli. Jedyną rzeczą, która znajdowała się w pomieszczeniu był wielki, zamknięty kufer na podwyższeniu obłożony łańcuchami. Valdrigue wspiął się i stanął naprzeciw wieka. Wyciągnął miecz i przeciął ogniwa. Klęknął i otworzył skrzynię. Jego oczom ukazał się ... Czerwony miecz ze srebrną rękojeścią. Nawet nie musiał dotykać głowicy by poczuć złowrogą moc bijącą od broni. 

Ogarnęły go sprzeczne uczucia - z jednej strony chciał zrobić wszystko by uratować bliskich, a z drugiej   nie chciał splugawić się tą złowrogą energią. Pierwszy raz w życiu nie potrafił nazwać tego, co czuł. Nie. Jednak wie, co to jest. To uczucie to strach. Bał się wziąć ten miecz do ręki.

Z rozmyślenia wyrwał go głos Akiego.
- Braciszku, czy to jest to o czym myślę? - jego młodszy brat również ledwo powstrzymywał się od pójścia do jednego z rogów pomieszczenia, skulić się i zacząć płakać. Nie trzeba było się dziwić - miał tylko osiem lat i przeżywał właśnie coś, czego większość osób w dorosłym wieku się boi. Ataki demonów są bardzo rzadkie, ale się zdarzają. Raczej atakują małe wioski, łupią i zabijają, ale jeszcze nigdy nie było by zaatakowały stolicę potężnego kraju.

- Tak, to miecz, który wykuł nasz przodek - Veron I, by uwięzić w nim króla demonów. Udało mu się to, ale w szeregach magów , którzy pomagali mu go zapieczętować był zdrajca, który rzucił klątwę na miecz. Każdy, kto się go dotknie umiera, a członkowie rodziny królewskiej zostają przeklęci. - zakończył swe opowiadanie i westchnął głęboko. Zaraz sam zostanę przeklęty, pomyślał. No, ale czego nie robi się dla rodziny.
- Skoro wiesz, co się z tym wiąże to czemu tutaj przyszliśmy?
- Bo stworzono go do zabijania demonów, to jedyna szansa by uratować naszych ludzi - uśmiechnął się smutno.
Aki już chciał protestować, ale nie zdążył, bo Valdrigue złapał za rękojeść i wyciągnął stal. 

Poczuł ciepło w środku, rozlewające i zaczynające parzyć ciepło. Stłumił chęć krzyknięcia z bólu i oparł się mieczem o podłogę dysząc ciężko. Nagle  wstąpiły w niego nowe siły, które przelewały się z miecza w jego ciało.


 Pobiegł korytarzem, zabijał każdą napotkaną bestię, która mu się napatoczyła. Mijając dwóch żołnierzy, którzy kierowali się w stronę sali tronowej by pomóc w obronie króla kazał zabrać tam Akiego, który został przy skrzyni.


Dotarł na dziedziniec, gdzie z każdej strony latały demony. Gdy go zauważyły zaczęły atakować w zbitych, kilkuosobowych grupkach. To tylko ułatwiło Valdrigue zadanie, bo przy jednym machnięciu mieczem powalał kilku przeciwników naraz. Może to działa na pierwszych, lepszych, ale nie na mnie, pomyślał wesoło.


Siła emanująca z miecza dodawała mu siły do walki. Nie lubił zabijać, ale to się przecież nie tyczyło istot z piekła, które i tak są już martwe i nie mają prawa bytu w tym świecie. Są pewnego rodzaju paradoksem. Ta walka napawała go radością, której zaczynał się bać. Zrzucił jednak winę na miecz, który w jego dłoni był lekki jak piórko i rozcinał ciała nie znajdując żadnego naporu, co było dziwne, w końcu demony miały całkiem duże cielska.


Pozbył się wszystkich wrogów i udał się do sali tronowej. W środku czekali żołnierze, mężczyzna o mocnych rysach twarzy i blond włosach - jego ojciec i przytulony do niego Aki.

- Tato, wrogowie zlikwidowani. - powiedział jakby nigdy nic.
- Eeee, a kto ich pokonał? Przecież to były wysokiej klasy demony! - król był zdziwiony i zszokowany. Chyba niezbyt uwierzył swojemu pierworodnemu, który w tej chwili uśmiechał się od ucha do ucha.
- Ja, dzięki temu. - wyciągnął w stronę króla poplamiony krwią miecz. Mężczyzna popatrzył na niego z niedowierzaniem, które zamieniło się  w smutek zmieszany z bezsilnością.
- Synu, dziękuję, że nas uratowałeś i przepraszam. Przyjąłeś na siebie los przeklętego, a to dlatego, że nie byłem dość silny, by stawić czoła wrogowi. Wybacz mi moją bezsilność. - skłonił się nisko na znak oddania i czekał, co p[ostanowi jego syn.

Ten uśmiechnął się szeroko, podszedł do ojca, kazał mu podnieść głowę i przytulił go mocno. 

- Tato, zrobiłem to z własnej woli i nie żałuję tej decyzji. To, że kogoś uratowałam daje mi siłę.
Kocham was. - powiedział i przyciągnął brata do uścisku.
- Twoja matka byłaby z ciebie dumna, tak jak ja jestem teraz.
- No dobrze, teraz czas przeliczyć straty. - powiedział Valdrigue szybko, by zmienić temat.
***
- Naprawdę musisz wyjechać? - zapytał po raz kolejny tego dnia Aki smutno.
- Tak skarbie, ale nie martw się, wrócę do ciebie, a to na znak, że dotrzymam tej przysięgi. - Powiedział Valdigrue, wziął sztylet, który miał przypasany przy pasie i obciął kitkę włosów związanych czerwoną wstążką i podał go bratu. - Opiekuj się ojcem, gdy mnie nie będzie, dobrze?
Młodszy skinął głowa i uściskał go na pożegnanie. - Uważaj na siebie.
- Dobrze.
- Książę, wybacz, ale to jedyne, co możemy dla ciebie w tej chwili zrobić. - siwowłosy i niski mężczyzna grubo po sześćdziesiątce podał mu fioletowy kuferek. - Pięć dni drogi stąd na zachód, w sąsiednim królestwie żyje pewien potężny czarodziej. Może on będzie w stanie ci pomóc.
- Dziękuję, Agnecie, pilnuj by nie zrobili czegoś głupiego pod moją nieobecność. - Sprawdził juki przy siodle, czy miecz jest dobrze owinięty i wskoczył na Labellę, która zarżała ochoczo. - Życzcie mi szczęścia! - Pomachał im i ruszył w drogę.

- To koniec historii, w ten sposób wylądowałem u ciebie. - rozłożył bezradnie ręce. - Spróbujesz mi pomóc?
- Hmm, daj mi pomyśleć nad tą decyzją, dowiesz się jutro. - wstał i podszedł do drzwi - Zostaniesz u mnie na noc?
- Jeśli to nie będzie kłopot. - odpowiedział książę.

Mężczyzna poprowadził go do południowego skrzydła, gdzie mieściły się pokoje dla gości i wskazał jeden z pokoi. Gdy odszedł Valdigrue rzucił się na łózko, pośpiesznie zapiął swój prezent od Agneta i odpłynął w krainę Morfeusza.
- * -
Joł, tutaj znowu ja. Mam nadzieję, że się spodoba, cały dzień to pisałam. Za błędy z góry przepraszam, ale Cosstka znowu mnie zostawiła. Ten kto czytał poprzednie posty i komentarze, ten wie, że jak tak dalej pójdzie to ,,Kosteczka" wyląduje w rzece. :)
Ci bardziej spostrzegawczy, zauważyli nowe okno, a mianowicie: Postacie, są tam głównie najważniejsze postacie, ale może się to zmienić w przyszłości ;)

wtorek, 2 lutego 2016

Prolog

Kruczowłosy młodzieniec o jasnej cerze ubrany w długi granatowy płaszcz z kapturem wpatrywał się w willę mieszczącą się u stóp wzgórza, na którym w tym momencie się znajdował. Po chwili popędził swoją srokatą klacz w dół wzniesienia.

Mimo że rezydencja z daleka wygląda na ogromną i zadbaną to i tak nie mogła się równać z widokiem z bliska. Blade, beżowe ściany z winoroślami ciągnącymi się po całej długości aż do okien dodawały jej uroku i wrażenia, że jest starsza niż mogłoby się wydawać. Okna składały się z wielu mniejszych płytek, które poukładane były w różne kształty np. wybrzuszenia lub wgłębienia. Dawały one z pewnością więcej światła do pomieszczeń znajdujących się w środku oraz roztaczały wokół siebie aurę tajemniczości lub może nawet... magii? Przed willą rozciągał się ogród w wielu barwach. Przeważały tam orchidee oraz róże, ale znajdowały się tam również niecodzienne rośliny takie jak kwiaty o bladym odcieniu różu, w niektórych miejscach nakrapiany żółtawymi plamkami. Chłopak nigdy wcześniej nie widział takich, mimo że w ogrodzie przy jego "domu" znajdowały się najróżniejsze odmiany kwiatów z najodleglejszych części tego świata.

Mężczyzna zszedł ze swojej ukochanej klaczy, która cicho parsknęła, tak jakby chciała przekazać, że nie chce by od niej odchodził. Zapukał mosiężną klamką we wrota, które otworzyły się z trzaskiem. Kruczowłosy niepewnie wszedł do środka. Rozejrzał się dookoła. Ujrzał duży hol, na środku znajdowały się schody prowadzące w wyższe partie budynku. Po  prawej i lewej ciągnęły się dalsze korytarze w jasnych odcieniach szarości.

 - Kim jesteś? - odezwał się głos dochodzący z góry schodów. Wysoki i przystojny mężczyzna z szaro-białymi włosami wyglądający  na około dwadzieścia  pięć lat wlepił swoje zielone oczy w te błękitno-szare należące do młodszego z nich, który teraz stał w progu ze zdezorientowaną  miną. Trwało to jednak tylko chwilę, bowiem młodzieniec szybko odzyskał dawny rezon. Podszedł bliżej i skłonił się z gracją, której mogła mu pozazdrościć nawet najurodziwsza z arystokratek.
- Witaj, czarodzieju. Przebyłem długą drogę z królestwa Elthaim. Nazywam się Valdrigue Alsvith, pierwszy książę i następca tronu - powiedział na jednym wdechu znaną na pamięć formułkę, którą wpajano mu od maleńkości - Przyjechałem tu by oprosić cię o pomoc.

niedziela, 17 stycznia 2016

Zmienność - Rozdział 8

    
    Znajduję się w naszej sypialni.  Leżę z Samuelem, który oplata mnie w pasie, a ja patrzę na niego. Nagle odsuwa mnie od siebie, patrzy mi w oczy i zadaje mi pytanie:
-Dlaczego? - Pyta mnie, ale słowa ledwo dochodzą do moich uszu- Dlaczego?
-Co? - Odpowiadam- Nie rozumiem, głośniej.
     Ale żaden dźwięk nie wychodzi z moich ust. Jego oczy przewiercają mnie. Wtedy uświadamiam, że boję się tego spojrzenia. Nagle zaczynają się iskrzyć, nie są już tym pięknym błękitem- teraz są żółtawo-pomarańczowe. Przestań, błagam, mam dosyć. Czuję łzy spływające mi po policzkach.
      Nagle sceneria zmienia się, teraz jestem sam w pustce. Próbuję wołać o pomoc. Znowu nic. Znowu światło, tylko teraz z  dziwnym dźwiękiem, który jest coraz bliżej. Jest na tyle blisko, że pojmuję co to jest. Znowu, ten obraz. To tamto wydarzenie.  Stoję na chodniku, a on wjeżdża we mnie z impetem. Uderzenie jest tak silne, że przez chwilę mam wrażenie, że lecę. Uderzam o coś twardego- pewnie ściana jakiegoś budynku. Czuję silny ból w nodze, która teraz jest obrócona pod dziwnym kątem. Świat zaczyna mi się rozmazywać. Wszystko jest takie realistyczne, ale potem ciemność. Przerażająca  i wszechogarniająca.
     Ból zniknął, teraz miałem uczucie spokoju i ciszy.  Jednak pewna postać zaburzała ten spokój. Czarne szaty, blada skóra, kościste ciało i ... kosa w  prawej dłoni. Postać podeszła do mnie powoli, a ja nie mogłem się ruszyć. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, serce zaczęło bić szybciej przyprawiając mnie o zawroty głowy.  Moja zguba podeszła i uniosła swoją lewą rękę. Wycelowała we mnie palec i zamachnęła się.

       Obudziłem się z krzykiem. Poderwałem się z łóżka nagle, ale szybko tego pożałowałem. Nie dość, że poczułem ostry ból w klatce, to do tego nie potrafiłem złapać tchu. Tym razem delikatnie powróciłem do poprzedniej pozycji ciężko dysząc. Dlaczego? Czemu mam takie dziwne sny? 
     Spróbowałem się uspokoić, ale za nic mi się to nie udawało. W myślach nadal widziałem tę postać. Ten palec i... Przełknąłem głośno ślinę. Boże. Jeśli śni mi się moje odejście w zaświaty to jest ze mną naprawdę źle.
      Przez resztę nocy rozmyślałem. Wiedziałem, że i tak nie zasnę. W dodatku ta cholerna migrena! Pojawiła się znikąd, ale odejść nie potrafi równie szybko.  W dodatku ciągłe leżenie na plecach doprowadzało mnie do szału. Spróbowałem się przewrócić na prawą stronę, ale zamiast tego z moich ust wydostał się zduszony jęk. W tamtej chwili miałem ochotę komuś zafundować pobyt  obok mojego łóżka w podobnej pozycji! 
    Ech, szkoda, że Samuela tutaj nie ma. Wróć! Co? Po co mi on?  Chyba zakochuję się w nim od nowa ze zdwojoną siłą. W sumie, to nie jest takie złe. I ten jego uśmiech. Gdy go widzę, moje serce przyśpiesza, jakby chciało sobie wyjść i go uściskać.
***

    Usłyszałem dźwięk swojego telefonu, który ostatnio dał mi Samuel. SMS ze zdjęciem kremowego kotka, całego ubrudzonego mąką i pod spodem dopisek:

Mamy szczerą nadzieję, że ciasto będzie wyglądać lepiej niż przygotowania!

    Uśmiechnąłem się pod nosem i odpisałem:
-A będzie smaczne?
 -Oczywiście, tylko nie jestem pewien, czy zdrowe.
-Sam to ocenię, tylko inną mąkę poproszę... i bez kotów!
-Jak pan sobie życzy.
-Nie mogę się doczekać.
-O której będziesz?
-Po południu. Może uda mi się przemycić Shiny`ego.
 -Wiesz, nie sądzę by ci się to udało.
-Zawsze można spróbować, ale może po drodze gdzieś się zgubi. Mam na to szczerą ochotę i zero wyrzutów sumienia!
-Trzeba było myśleć wcześniej panie Robię-Zanim-Myślę. Do zobaczenia.
-Bye. 
    I jak tu człowieku, zostawić go samego z pupilem? Boję się wrócić do domu, bo nie chcę widzieć, co oni tam porabiali. 
    Przynajmniej wspomnienia wracają. Choć te migreny uśmiercą mnie szybciej niż samochody. 
***
Przepraszam, że nie dodałam ostatnio rozdziału, tak wyszło, ale zwaliło mi się kilka rzeczy na głowę  i nie szło z nich wyjść. 

niedziela, 3 stycznia 2016

Szczęśliwego Nowego Roku?

Kurczę, trochę późno się za to biorę, ale nieważne.

Witam wszystkich serdecznie!
Mamy już rok 2016 (Woow, ale mam zapłon...)!
W takim razie życzę wam wszystkim, aby nikt nie chciał was wrzucić do rzeki aby ten rok przebiegł wam pomyślnie, aby wszystkie noworoczne postanowienia dawno były spełnione, żebyście mieli jak najmniej zmartwień i najczęściej na waszych twarzach gościł uśmiech i prawdziwe szczęście!


No, już po wszystkim, możecie przewijać dalej...
A ja biorę się za poprawianie, bo inaczej KTOŚ wrzuci mnie do rzeki. T^T

Pozdrawiam, Coss

PS. Tym razem dam gifa. Może nie jest noworoczny, ale mnie totalnie rozwalił :D


 Też chciałam dodać to zdjęcie, ale wydawało mi się za bardzo... +18. No wiecie.

Zmienność - Rozdział 7

    Czytałem książkę, którą pożyczył mi Sarai, gdy usłyszałem pukanie do drzwi.
- Proszę - Powiedziałem, ale niezbyt głośno, bo nie chciałem w podzięce uzyskać kolejnego napadu kaszlu.
- Cześć - Powiedział Samuel, wchodząc do pomieszczenia. W ręce trzymał bukiet czerwonych róż. Podszedł do mnie i podał mi je mówiąc:
 -To dla ciebie. Mam nadzieję, że ci się podobają. - Uśmiechnął się i usiadł.
- Dziękuję - Było mi miło wiedząc, że ktoś się o mnie martwi i dba o mnie.
- Z jakiej to okazji? - Odłożyłem książkę na blat i znów popatrzyłem na Samuela.
- Umm... No, bo wczoraj nie mogłem do ciebie przyjść przez te cholerne wywiady, więc chciałem ci to jakoś wynagrodzić. - Chyba był zawstydzony, bo nerwowo skubał fragment czarnej, skórzanej kurtki, którą miał na sobie.
        Czym się przejmował? Przecież jak wiedział, że nie ma czasu, to nie musiał się tak dla mnie starać, w końcu sam pewnie był zmęczony takim dniem. To chyba znaczy, że naprawdę mu na mnie zależy, ale ta mina! Wyglądał uroczo, gdy się czymś martwił. Kurczę, chyba serio go kocham, skoro mnie to podnieca. Uspokój się! Ile ty masz lat?
- Nie musiałeś się tak starać dla mnie... Pewnie byłeś zmęczony, a musiałeś tu przyjść.
- Oczywiście, że nie! O czym ty gadasz? Przecież nie przychodzę tu z poczucia obowiązku! Jesteś dla mnie ważny... A w dodatku chciałem cię zobaczyć. Jestem wtedy spokojniejszy, bo wiem, że nic ci nie jest. - Dotknął mojego policzka i przejechał kciukiem do góry, po czym chwycił kosmyk moich blond włosów i chwilę się nim pobawił. O, cholera. Spokój, spokój. Rumienię się jak jakaś panienka z byle powodu! Ratunku, on mnie osłabia! Tracę zmysły! Ale nie powiem, to taaakie przyjemne...
- Mógłbyś je dać do wazonu albo chociaż jakiś znaleźć? - Odezwałem się w końcu.
- Co? A, tak. Czekaj. - Otrząsnął się i wyszedł na korytarz.
      Po chwili wrócił z czymś, co bardziej przypominało kufel bez ucha, niż wazon. Nie mam pojęcia skąd to wytrzasnął, ale lepsze to niż nic. Podałem mu kwiaty, a on wsadził je do dzbanka i postawił na komodzie. 
- Czujesz się już lepiej? Sarai mówił, że strasznie się męczysz z tymi połamanymi żebrami.
- Dzisiaj jest lepiej. Wczoraj to była istna katorga, ale leki podziałały. - Uśmiechnąłem się niemrawo.
- A jak z pamięcią? Nie musisz się śpieszyć, tak tylko pytam. - Mężczyzna wpatrywał się we mnie uważnie.
- Miałem w nocy jakieś przebłyski, ale... Jak próbuję coś poukładać w głowie, to znowu wszystko mi ucieka i nici ze snu. - Westchnąłem, a Samuel kiwnął głową na znak, że rozumie. - A co nowego w domu? - zmieniłem temat.
- Po staremu, tylko Shiny strasznie za tobą tęskni... W dodatku rośnie jak na drożdżach, ostatnio zrzucił worek z karmą i był straszny bałagan. Mam go dość, on słucha tylko ciebie, a mnie ma gdzieś. To potwór, nie kot!- Skończył swój monolog i obaj parsknęliśmy śmiechem, chociaż on bardziej, bo ja nie chciałem nadwyrężyć bolących żeber. Nie pamiętałem naszego(?) kota, ale Samuel opowiedział skąd wziął się "potwór". 
      Porozmawialiśmy jeszcze z godzinę, gdy do drzwi ktoś zapukał. Był to Sarai. Wszedł i od razu oznajmił:
- Nie chcę przeszkadzać moim gołąbeczkom, ale pora na twoje badania. - Uśmiechnął się do nas. - Jeżeli wszystko pójdzie dobrze to będziecie się mogli jeszcze spokojnie po obściskiwać. Czemu się tak rumienicie? - Spojrzał na nas z cwanym uśmiechem. Czułem jak moje policzki płoną żywym ogniem. Obróciłem głowę w stronę modela i zobaczyłem, że on wygląda podobnie. Z tą różnicą, że on jeszcze miał mordercze spojrzenie skierowane w stronę lekarza. - Przepuścisz mnie bliżej, zabójco? - Sarai ewidentnie się z niego naśmiewał.
       Nie chodziło o wyprowadzenie go z równowagi, bardziej przyjacielskie przekomarzanki.  Muszę przyznać, że musieli się dobrze znać, bo wiedzieli jaką postawić granicę, żeby nie zranić drugiej osoby. Całkiem fajnie bawić się w obserwatora, muszę tak częściej.
         Lekarz zbadał mi tętno oraz ciśnienie krwi, po czym powiedział:
- Zrobię ci jutro RTG, żeby sprawdzić czy żebra zrastają się prawidłowo. Aha, jutro dostaniesz prawdziwe śniadanie. Nie mogliśmy do tej pory go tobie dać, bo reakcje żołądka bywają... Delikatnie mówiąc, nieciekawe... - pochylił się nade mną i puścił mi perskie oko. 
- Zatem ja już wam nie przeszkadzam. - uśmiechnął się w naszą stronę i wyszedł.
       Chwila ciszy. Pierwszy odezwał się Samuel.
- To... Ja już też pójdę, musisz odpoczywać.- Uśmiechnął się delikatnie i wstał. Stojąc już przy samych drzwiach, obrócił się i zapytał: 
- Potrzebujesz czegoś z domu?
 Zastanowiłem się przez chwilę  i odpowiedziałem:
- Mógłbyś mi przynieść jakieś książki? I laptopa, jeśli jakiegoś mamy.
- Dobra. To... Cześć.- Pomachał mi ręką na pożegnanie i wyszedł.
     Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy. Spróbowałem sobie coś przypomnieć.  Na początku strasznie rozbolała mnie głowa, potem zobaczyłem Johna, który coś mi mówił, a potem do pomieszczenia wszedł... Samuel. Zaczęliśmy mu robić zdjęcia. Potem otworzyłem oczy i zrozumiałem.  Sesja po zderzeniu się z nim. Cieszyłbym się z tego, gdyby nie ta okropna migrena, która mnie wtedy chwyciła. A miało być tak dobrze... Byłem tak zmęczony tym zdarzeniem, że zamknąłem oczy i zasnąłem, niestety miałem tej nocy jedynie koszmary.

piątek, 1 stycznia 2016

Yaoistycznego Nowego Roku!

   Wszystkim, którzy kochają tego typu opowiadania życzę wesołego, spokojnego i przepełnionego wrażeniami roku! Oraz dla niektórych, oddających się pisarstwu wspaniałej weny.


       Akatsuki